Link do wszystkich dokumentów

1. UNDE MALUM?

  Słowa daimon — pisze Simone Weil - używano w grece w trzech znaczeniach. Niekiedy było ono synonimem boga. Niekiedy oznaczało istotę należącą do świata nadprzyrodzonego, kogoś, kto był jakby pośrednikiem między człowiekiem a Istotą Istotnie Istniejącą. Dlatego w zależności od zlecenia demony mogły być dobre lub złe. I w końcu słowem tym zaczęto oznaczać złego ducha, demona w naszym znaczeniu. Dopiero bowiem dla chrześcijan demon i zły duch, pneuma poneron, stały się jednym i tym samym.

  Tradycja neoplatońska, w wersji popularnej na Wschodzie znana dość szeroko, trzymała się wiary w demony. Oczywiście mówiono głównie o pełnionej przez nie funkcji pośredniczenia między bogami a ludźmi. Uczony wykład na ten temat przeprowadził w swym dziele O bogu Sokratesa Apulejusz z Madaury, pisarz łaciński z II wieku, interpretujący teksty Platona w duchu pitagoreizmu i doświadczeń misteryjnych. Św. Augustyn, który polemizował z nim w Państwie Bożym, uważał, iż Apulejusz „nie wykazał, że są to istoty pośrednie. [...] W jakiż sposób są one pośrednie, skoro jedną cechę mają z istotami wyższymi, a trzy wspólne z niższymi? Któż nie widzi, jak oddalają się one od środka i jak silnie skłaniają się i ciążą ku dołowi". O tym zbliżeniu duchów pośrednich do sfery ziemskiej pisał również Plutarch, wychowanek Akademii Platońskiej, w której wykładano naukę o demonach. Nic więc dziwnego, że większą część swego długiego żywota, 9720 lat, demony spędzały na ziemi, opiekując się przyrodą i różnymi krainami. Czuwały też nad rozmaitymi okolicznościami ludzkiego życia. „Od niepamiętnych czasów - pisze Jacob Burckhardt — występowały w religii Greków, lecz w postaci nieokreślonej, mniej lub bardziej różniąc się od bogów, i filozofia już wcześniej, nie bez pewnej dowolności, wplotła je do systemu teologicznego. Wiara ludowa nadała im później postać z reguły niesamowitą, upiorną, i uważała je za mścicieli zła oraz za obrońców, przeważnie jednak za duchy, co niosą choroby".

  Bez obawy o nadużycie można założyć, że większość pustelników wiedzę o demonach przejęła właśnie z wiary ludowej. Na temat demonów każdy   miał   wówczas    jakiś    pogląd.    Takie    to    były    czasy.    Chłop,    ponieważ j opowiadano   mu   o   nich   od   dzieciństwa.   Filozof,   ponieważ   wypadało zapoznać  się  z  nauką,   którą  wykładano   wówczas   w  uczelniach.   Gdyby Celsus - pisał Orygenes - „znał naukę o demonach i o tym, co każdy demon robi wzywany przez ludzi biegłych w magii albo z własnej woli, oddając się działaniom   wedle    swej    ochoty   i   możliwości,    gdyby   rozumiał   naukę o  demonach,   która  jest niewątpliwie  niejasna  i  trudna  do  pojęcia  przez ludzi, nie poczytałby nam za winę przekonania, iż nie powinien się kłaniać demonom ten, kto czci najwyższego Boga".  Ale anachoreci na ogół nie studiowali na Akademii. Czcili najwyższego Boga i czytali Pismo, toteż ich wiedzę o demonach ukształtował głównie Nowy Testament.

  Nie wydaje się, aby ta lektura przewróciła ich wyobrażenia o tych groźnych istotach wyniesione z domu. Bibliści bowiem zapewniają, że określenia bytów demonicznych w Nowym Testamencie są mgliste i „niea­dekwatne w wyrażaniu tej rzeczywistości", że należą do „wspólnego skarbu kultury ludów starożytnego Wschodu" i że — w końcu — ukazują rzeczywistość demoniczną jako nagromadzenie paradoksów. Istotnie, w Piś­mie mówi się, że demony pochodzą od Boga, ale jednocześnie działają przeciw swemu Stwórcy. W zasadzie cały demoniczny świat obraca się tam wokół Szatana, przeciwnika planów Opatrzności, który występuje czasem jako Wąż Starodawny, ho opsis ho archaios (Ap 12, 19), czasem jako Smok, czasem jako Belzebub lub Belial. Każdy demon, każdy duch nieczysty jest tam „aniołem"  Szatana (2 Kor  12, 7), dlatego nasze dzisiejsze przekłady Nowego Testamentu, aby nie wprowadzać niepotrzebnego zamętu, umiesz­czają tego „anioła" w cudzysłowie.

  Najlepiej więc przyjąć, że poglądy na status ontologiczny demonów pustelnicy dzielili z ogółem chrześcijan swojej epoki. Byli więc przeświad­czeni, że są to istoty złe, wrogie Królestwu Bożemu i zbawieniu człowieka. Wierzyli też, że kłamstwem i przewrotnością omamiły one ród ludzki. Z apoftegmatów można też wyciągnąć wniosek, że pustelnicy podzielali również pogląd Laktancjusza, iż demony „niosą z sobą choroby, sny, szaleństwo, aby coraz to bardziej przerażając człowieka, tym mocniej go ku sobie przykuć". Wraz z św. Augustynem nie mieli też wątpliwości, że są to złe duchy. „Otóż my, zgodnie ze sposobem wyrażania się Pisma Świętego -pisał on w Państwie Bożym - stosownie do którego jesteśmy chrześcijanami, czytamy wprawdzie o aniołach, jednych dobrych, a drugich złych, lecz nigdy nie czytamy o dobrych demonach. Gdziekolwiek zaś w Piśmie Świętym znajdujemy wyraz »demony«, czy to używa go się w formie daemones, czy też daemonia, wszędzie oznacza on złych duchów".

  I otóż te demony, chociaż nie gardziły różnymi miejscami tajemniczymi, takimi jak ruiny czy grobowce, najbardziej jednak lubiły przebywać tam, gdzie udawali się eremici: na pustyni. Wie o tym tylko jeden Bóg, ale coś mi się wydaje, że w tamtych odległych czasach pustynia była naturalnym pomieszkaniem złych duchów. Nawet wymienionych w Septuagincie tajemniczych onokentauroi (Iz   13, 21), co dla naszych tłumaczy są dzikimi zwierzętami lub smokami, wielu uczonych biblistów utożsamia z demonami pustyni. Kiedy za radą anioła Rafała, przypaliwszy wątrobę i serce ryby, okadził Tobiasz komnatę małżeńską, demon, który dotychczas w noc poślubną zabijał po kolei wszystkich małżonków Sary, uciekł aż do Górnego Egiptu (Tb 8, 1-3). Wówczas była to bezludna pustynia na końcu świata. Jeszcze w naszym stuleciu bajczarze z Isfakanu opowiadali Andre Malraux o demonach króla Salomona, które po tym jak i król, i jego kij wędrowny rozpadli się w proch, uwolnione, niezwłocznie poleciały do królowej Saby, ale znalazłszy ją martwą, w popłochu uciekły między rozwiane piaski pod niemiłosierne słońce. Kiedy z kolei Jezus wypędzał demony z opętanego, wraz z rozkazem wyjścia łączył zazwyczaj tzw. epipompę, to znaczy kierował demony w określone miejsce, zakazując im jednocześnie powrotu (Mk 9, 25). Egzorcyści wysyłali bowiem wówczas złe duchy tam, gdzie nie było ludzi, aby nie mogły dalej szkodzić. Dzisiaj egzorcystę zastąpił psychiatra i jeśli mu się czasem uda wypędzić z nas demona, posyła go najbliżej, do swego następnego pacjenta. Dawniej, ach dawniej... „Bon fut le monde au temps des anciens". Dobry był świat za czasów naszych przodków - jak śpiewano w starofrancuskiej epopei — bo gnano demony w góry, w głąb morza, w bezrozumne zwierzęta, a najczęściej na pustynię.

  Demony pustyni miały swego archonta, z którym Żydzi spotkali się już na początku swej świętej historii. Oto pewnego razu powiedział Jahwe Mojżeszowi, co ma czynić brat jego Aaron, arcykapłan Ludu Bożego. Od swej społeczności Aaron „winien wziąć dwa kozły na ofiarę przebłagania za grzech i jednego barana na ofiarę całopalenia. I winien złożyć Aaron cielca w ofierze przebłagania za grzech i dokona obrzędu przebłagania za siebie i za swą rodzinę. I winien wziąć dwa kozły i stawi je przez Jahwe, przed wejściem do przybytku spotkania. Potem winien rzucić los Aaron nad oboma tymi kozłami, jeden los dla Jahwe, a drugi los dla Azazela. Następnie Aaron winien przywieść kozła, na którego przypadł los dla Jahwe, i złoży go na ofiarę za grzech. A kozła, na którego przypadł los dla Azazela, winien stawić żywego przed Jahwe, aby dokonać na nim obrzędu przebłagania za siebie, i wypuścić go do Azazela na pustynię" (Kpł 16, 7-10).

  Uczeni bibliści przyjmują, że Azazel był demonem mieszkającym na pustyni, przestrzeni uważanej za siedzibę sił nieczystych. Był to najpraw­dopodobniej dawny anioł Pański, który po buncie i upadku stał się przeciwnikiem Boga. Człowieka, od momentu jego zaistnienia, nie znosił, toteż zaczął biegać po okręgu ziemskim, deprawując kogo się da i jak się da. Najwyraźniej był przywódcą pomniejszych złych duchów.

  Księga Kapłańska tłumaczy sens rytuału wypędzania kozła na pustynię. „I włoży Aaron obie swe ręce na głowę kozła żywego i wyzna nad nim wszystkie grzechy synów Izraela i wszystkie ich przewinienia i wszystkie ich występki, i złoży je na głowę kozła i każe wybranemu człowiekowi wypędzić go na pustynię. I uniesie na sobie kozioł wszystkie grzechy do ziemi spalonej, na pustynię" (Kpł 16, 21-22). Kozioł zbierał więc wszystkie grzechy Ludu Wybranego i zanosił je sprawcy nieprawości, Azazelowi, na jego największy plac koszarowy. W ten sposób Izrael wyrzucał na pustynię, poza ludzką społeczność, nagromadzone przez siebie zło. Nawiasem mówiąc, stąd wzięło się powiedzenie „kozioł ofiarny", które zafascynowało Rene Girarda do tego stopnia, że poświęcił mu aż dwie książki.

  Dla eremitów pustynia nie mogła być miejscem wypoczynku, otium, albowiem lęk jest wrogiem spokoju. Eremita, który udawał się na pustkowie, lękał się najpierw, że nie wytrzyma trudów nędznego i uciąż­liwego życia. Toteż niektórzy z nich rezygnowali z tej wielkiej próby. Opowiadano o abba Gelazym, który - jak się przypuszcza - żył w V wieku gdzieś koło ewangelicznego Emaus w Palestynie, „że go często dręczyła myśl, żeby odejść na pustynię. Więc pewnego dnia [...] wieczorem powiedział do siebie: »Kto idzie przez pustynię, nie je chleba, tylko zioła. Ty jednak jesteś słaby więc zjedz trochę jarzyn«. Zrobił to i znów sobie powiedział: »Na pustyni nie śpi się pod dachem, ale na powietrzu i ty więc tak śpij«. I ułożył się do snu na dziedzińcu [klasztoru]. Przez trzy dni chodził tak po klasztorze, jadł wieczorem trochę cykorii i nocował pod gołym niebem, ale dłużej już nie mógł. Wtedy zgasił myśli, które go poprzednio dręczyły, i odrzucił je, mówiąc sobie: »Jeżeli nie masz siły żyć jak pustelnik, to siedź spokojnie w celi, opłakuj swoje grzechy i nie włócz się tam i sam, bo oczy Boga wszędzie widzą ludzkie sprawy, nic się przed Nim nie ukryje i zna On tych, którzy czynią dobrze«".

Święci, którzy opuścili świat i badają rozległe tajemnice pustyni", przebywają tam ,,w przerażających jaskiniach i pośród straszliwych urwisk"...

  Lękano się również krajobrazu. W prologu do Napomnień świętych Ojców, które powstały chyba w Egipcie około roku 500, autor nie ukrywał, w jakich warunkach przebiega próba pustyni. Święci, którzy „opuścili świat i badają rozległe tajemnice pustyni", przebywają tam ,,w prze­rażających jaskiniach i pośród straszliwych urwisk, nie pragną ani nie łakną, bo prawica Pańska ich podtrzymuje i karmi". A jeśli Bóg nie wypuści ze swych rąk kruka z dzienną porcją chleba? Z Bogiem nigdy nic nie wiadomo.

  Nade wszystko wszakże lękano się samotności. Może dlatego, że nawet pożądana, nawet piękna, spowija w końcu człowieka w całun melancholii. Rzuca go na pastwę bezlitosnego Saturna, którego tak bardzo obawiali się wszyscy teoretycy monachizmu. Chociaż przypominał on ludziom o nieunik­nionym powrocie do Złotego Wieku, pogrążał ich jednocześnie w obezwład­niającym smutku przemijania, który staje się szczególnie jadowity, kiedy cichnie  hałaśliwy  młyn  życia.   To   on  patronował  Akedii,  gnostyckiemu demonowi gnuśności. To na jego planecie rezydował sam Szatan. Toteż nic dziwnego, że później w średniowieczu melancholię nazywano diabelską łaźnią, balneum diaboli.

  Kiedy mnich ogarnął w końcu ogrom tych niebezpieczeństw, zdarzało się, że przestawał być entuzjastą eremityzmu. Nie chciałbym być niepo­wołanym sędzią, ale wydaje mi się, iż młody Heliodor mądrze postąpił, kiedy w roku 375 nie udał się wraz ze św. Hieronimem na pustynię Chalkis we wschodniej Syrii, dokąd zapraszał go ten niezwykły filolog, skądinąd choleryk i uparciuch. Heliodor zdołał już zakosztować niedostatków życia pustelniczego. Wiedział, co to są niewygody. Zresztą Hieronim nie ukrywał bynajmniej, iż anachoreza wymaga od Żołnierza Chrystusowego szczegól­nej formy samotności: „Chociażby wieszał ci się na szyi maleńki kuzyn, chociażby matka rozpuściwszy włosy i rozerwawszy szaty ukazywała ci piersi, które cię wy karmiły, chociażby ojciec leżał na progu, i przez ojca przejdź, a otarłszy łzy biegnij pod znak krzyża. Jedyną formą miłości rodzinnej jest w takim wypadku okrucieństwo". Heliodor przeszedł te próby, ale pokochał jednocześnie rytmiczny turkot młynu życia. W trakcie wędrówek na pustynię najwyraźniej polubił samą podróż, nerwowe kręce­nie się po świecie, od człowieka do człowieka. Przewoził więc listy Hieronima mnichowi Rufinowi z Akwilei, który znajdował się w Nitrii niedaleko Alesandrii, i mnichowi Chryzogonowi, który, na odwrót, przebywał w Akwilei. Nie potrafił zdobyć się na okrucieństwo nie tyle może wobec swoich bliskich, ile wobec samego siebie. Nie chciał zre­zygnować z doświadczenia gromadzonego w międzyludzkich kontaktach. Cenił ciągłe nowe informacje. Nowości, aczkolwiek na krótko, głuszą jakoś niepokój egzystencjalny. Bał się tego dziwnego stanu uśpienia świadomości, kiedy pamięć rozgrzewa wyobraźnię aż do czerwoności. Nie chciał narażać siebie na trud docierania do źródeł swej subiektywności, który bardzo często, nieomal zawsze, kończył się przeraźliwym zlotem demonów.

  Nawet najbardziej okrutna samotność nie była więc w stanie ofiarować eremicie spokoju związanego z kenozą „ja", z ogołoceniem siebie z siebie. Nawet wówczas, kiedy zdajemy sobie sprawę, że „nikt na tym świecie — jak pisze Simone Weil - nie jest prawdziwym centrum, ponieważ prawdziwe centrum znajduje się poza tym światem, i nikt nie ma prawa mówić »ja«", bardzo trudno nam wyrzec się dla Boga „tego złudzenia władzy, jaką On nam przyznał, pozwalając myśleć w pierwszej osobie". Jeśli prawdą jest, że „przyznane nam to zostało, abyśmy mieli możliwość zrezygnowania z tego iluzorycznego przywileju w imię miłości", to ów cud samowyrzeczenia, replika ofiary Chrystusa, zdarza się wśród ludzi niezmiernie rzadko, tylko w ekstazie i tylko przez chwilę. Z ziemi wychodzą natychmiast demony i czar pryska. Ekstaza miłości jest taką samą ułudą jak myślenie w pierwszej osobie.

  Kiedy mnich osiadał na Pustyni, samotność, która - jak pisze Jean Nabert — jest jednym wielkim wołaniem o obcowanie, tu, pośród piasków i skał, przekształcała jego życie w przejmującą próbę samoświadomości. Każdy eremita wkraczał bowiem, czasem o tym nie wiedząc, do koszar Azazela, w których niezliczone legiony demonów ćwiczyły się w sztuce deprawowania ludzi i przyswajały sobie zmyślne metody oczarowywania ich złem. Udając się na Pustynię, wyzywał więc wojsko Azazela. Wchodził do jaskini lwa. „Bądźcie trzeźwi! — wołał św. Piotr Apostoł. — Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć" (1 P 5, 8). Werset ten cytowano wówczas szczególnie często. Znano go i ceniono na Pustyni. Niektórzy mnisi nie bagatelizowali groźnego ryku demona i woleli żyć wspólnie w klasztorach. Razem zawsze raźniej. Niektórzy mieli nadzieję, że przed tym lwem uchroni ich cela. „Opowiadano o abba Izydorze kapłanie, że kiedyś przybył pewien brat, aby go zaprosić na wieczerzę, ale starzec nie chciał iść. I mówił, że Adam dał się zwieść przez pokarm i został wygnany z raju. Brat go zapytał: »To ty boisz się wyjść z celi?« On zaś znów na to: »Boję się, dziecko, bo diabeł jak lew ryczący szuka, kogo by pożreć«". Nie na wiele się to zdało. Demony przychodziły do celi — nieproszone.

  Działały według „prawa grzechu" (Rz 8, 2). „Zgodnie więc z poglądami większości ludzi — czytamy u Orygenesa — którzy wierzą w istnienie demonów, złe duchy nie mają w sobie prawa pochodzącego od Boga, lecz postępują wbrew temu prawu; według naszego przekonania wbrew prawu działają wszystkie demony, które niegdyś demonami nie były, lecz stały się nimi wtedy, gdy zeszły z drogi wiodącej ku dobru". Albowiem demony to rozproszone agresywne zło świata.

  Udając się na Pustynię, która była ich ojczyzną, mnich szedł tedy na spotkanie ze złem. Zapisy tych spotkań w literaturze monastycznej stanowią wyjątkowo cenną część doświadczenia ludzkości. Problem zła był oczywiś­cie roztrząsany przez setki filozofów, teologów, poetów i malarzy od początku świata aż do naszej nędznej epoki, ale w przypadku eremitów wcale nie chodziło o problem, choćby nie wiem jak przeklęty, nie chodziło też o spekulacje umysłowe ani nawet o intuicyjne wizje, lecz o żywe zmysłowe odczucie obecności demonów. O świadomość, że obcuje się z nieuchwytnym, ale nad wyraz natrętnym złym duchem.

  Doświadczenie to nie należało do przyjemności, ale na pewno było pożyteczne, a w pewnym sensie nawet niezbędne. „Właściwie - pisze Jerzy Nowosielski — Szatan prowadzi nas najkrótszą drogą do zrozumienia spraw Boskich, ponieważ jest to pierwszy byt subtelny, byt nadprzyrodzony, byt metafizyczny, który jest dany bezpośrednio naszemu doświadczeniu. W tym sensie musimy być bardzo wdzięczni diabłom, bo one nas wprowadzają w świat tajemnic Boskich. [...] Św. Efrem Syryjczyk uważał, że należy kochać demony, trzeba modlić się za demony... Przecież niezwykle dużo demonom zawdzięczamy. Zawdzięczamy im całą świadomość metafizyczną. Gdyby nie doświadczenie zła, doświadczenie, które nam jest bezpośrednio i najłatwiej dane, nie zrobilibyśmy ani kroku naprzód na drodze doskonale­nia duchowego".

  Kiedy tedy w celi klasztornej anachorety lub w eremie pustelnika pojawiał się demon, w świadomości mnicha zaczynało kołatać odwieczne pytanie: Pothen to kakon? Unde malum? Skąd bierze się zło? Skąd biorą się demony? Dlaczego wypełniają całe „powietrze"? Dlaczego ich czarne skrzydła zasłaniają nam Wiekuiste Słońce?

Stanisław Przybylski, Pustelnicy i Demony
fragment z: Demony powietrza. Esej o przerażeniu
Wydawnictwo Znak