Link do wszystkich dokumentów




Cioran - Zarys rozkładu
wypisy



Według Mistrza Eckharta boskość poprzedza Boga, jest jego Istotą i niezbadaną głębią. Cóż zatem znajdziemy w najintymniejszych głębiach człowieka i co określa jego substancję w przeciwieństwie do istoty boskości? To neurastenia ona jest tym dla człowieka, czym boskość dla Boga. Żyjemy w atmosferze wyczerpania: wszelkie tworzenie, kształtowanie, produkowanie mniej jest znaczące samo z siebie, a bardziej ze względu na pustkę, która po nim przychodzi. Wszystkie nasze wysiłki są daremne, zawsze i nieuchronnie śmieszne, a boska, niewyczerpana głębia leży poza sferą naszych pojęć i doznań. Człowiek rodzi się powołany do zmęczenia: przyjęcie pozycji pionowej i tym samym ograniczenie swojej płaszczyzny oparcia naznaczyło go słabością obcą zwierzęciu, którym dotychczas był. Na dwóch nogach taszczyć tyle materii i tyle obrzydzenia! Przez pokolenia gromadzone było to zmęczenie i przekazywane dalej; ojcowie zostawiają nam w dziedzictwie anemię, rezerwy zniechęcenia, potencjał rozkładu i energię umierania, która zaczyna przewyższać nasze życiowe instynkty. W ten sposób przyzwyczajeni do zanikania, zabezpieczeni kapitałem zmęczenia, pozwalamy, by w naszych rozsypujących się ciałach kwitła neurastenia, do której sprowadza się nasza istota ...

Portret nieudacznika


Brzydzi się wszelkim działaniem i powtarza sobie: „aktywność to głupota!” Drażnią go nie tyle same wydarzenia, ile pomysł, że miałby się w nie zaangażować; jedyna aktywność, na jaką go stać, to odwrócić się od nich. Swoimi szyderstwami, obrócił życie w pył zanim zdążył wyczerpać jego soki. To przydrożny Eklezjasta, który stwierdzając, że nic nie ma znaczenia, usprawiedliwia tym swoje porażki, stara się uznawać wszystko na co natrafił, za bezwartościowe, i łatwo mu się to udaje, gdyż oczywistości tłumnie stoją po jego stronie. W potyczkach na argumenty zawsze jest zwycięzcą, podczas gdy zawsze jest pokonany w działaniu w akcji. Ma „rację”, odrzuca wszystko i wszystko odrzuca jego. Przedwcześnie zrozumiał coś, czego chcąc żyć, nie powinno się rozumieć – i ponieważ jego talent koncentrował się na samym sobie, roztrwonił go z obawy by nie rozpłynął się w jakiejś artystycznej dziecinadzie. Jak stygmaty albo aureolę nosi w sobie obraz tego, czym mógłby być, czerwieni się na myśl o swojej jałowości, i chlubi się jej doskonałością, na zawsze odporny jest na naiwne próby uwiedzenia, jedyny wyzwoleniec wśród helotów Czasu. Czerpie wolność z ogromu swego niespełnienia; jest bogiem nieskończonym i żałosnym, którego nie ogranicza żadne stworzenie, którego żadne stworzenie nie wielbi, którego nikt nie oszczędza. Pogarda, którą obdarzył innych, zostaje mu zwrócona. Cierpi pokutę tylko za czyny, których nie popełnił, a których liczba przerasta rachuby jego zranionej duszy. Ostatecznie jednak, w ramach pocieszenia, u schyłku swego pozbawionego zaszczytów życia, nosi swoją bezużyteczność jak koronę.

(„Po co?” - oto maksyma Nieudacznika, pochlebcy śmierci... Jakże pobudzająca, gdy pozwolimy, by nami zawładnęła! Śmierć, zanim jej ciężar zbyt nas przygniecie, stymuluje i wzbogaca, nasze siły wzbierają pod jej wpływem; później dopiero dokonuje swego dzieła zniszczenia. Jawna daremność wszelkiego wysiłku oraz ta wizja trupa, którym kiedyś będziemy, wznoszącego się przed nami już teraz i przesłaniającego nam horyzont czasu, w końcu paraliżuje myśli, nadzieje i układ mięśniowy, a obfitość energii, wznieconej przez nią dotychczas, przemienia się – od kiedy zadomowi się nieodwołalnie w umyśle – w zastój sił życiowych. I tak dzięki tej obsesji stajemy się zarazem wszystkim i niczym. Zazwyczaj stawia się przed nami tylko dwie możliwości: klasztor lub kabaret. Gdy jednak nie może się przed nią uciec ani w wieczność, ani w przyjemności i kiedy ponagla w samym środku życia, oddalając cię zarówno od nieba jak od pospolitości, wtedy czyni cię szczególnego rodzaju bohaterem w trakcie rozkładu, bohaterem, który obiecuje wszystko i niczego nie dotrzymuje: zasapanego próżniaka w Pustce; wertykalną padlinę, której jedyna aktywność sprowadza się do myślenia o tym, by przestać być …)

s. 120-122


Jakże drogi mi jest aleksandryjski filozof imieniem Olimpius, który usłyszawszy głos śpiewający Alleluja w Serapejonie wyemigrował na zawsze! Było to pod koniec IV wieku, kiedy ciemnota Krzyża rzuciła się cieniem na Umysł. Mniej więcej w tym samym czasie gramatyk Palladas napisał: "My, Grecy, jesteśmy już tylko popiołem. Nasze nadzieje, jak nadzieje zmarłych, legły pod ziemią". I to zdanie dotyczyło wszystkich prawdziwych inteligencji tamtych czasów.

Na próżno Celsus, Porfiriusz, Julian Apostata i inni im podobni usiłowali powstrzymać inwazję tej dwuznacznej wzniosłości, która doprowadziła do przepełnienia katakumb: na zawsze przetrwał ślad pozostawiony w ludzkich duszach przez apostołów, nieunikniony był upadek greckich polis. Nadeszła era wielkiej Brzydoty, świat opanowała niesmaczna histeria. Św. Paweł, najskuteczniejszy agitator wszechczasów, na światowym tournee swymi listami siał zarazę pośród światłego zmierzchu antyku. Triumf jednego epileptyka nad pięcioma wiekami filozofii! Rozum pokonany przez Ojców Kościoła! Gdyby chcieć wskazać datę najbardziej bolesną dla dumnych dziejów umysłu, gdyby przeanalizować rejestr aktów nietolerancji, trudno znaleźć coś porównywalnego z rokiem 529, w którym w myśl rozkazu Justyniana zamknięta została Szkoła Ateńska. Gdy prawo do dekadencji zostało oficjalnie zniesione, wiara stała się obowiązko­wa ... To najbardziej przykry moment w historii Zwątpienia.

s. 163-164

Uczeń świętych kobiet


Był taki czas, gdy samo wymówienie imienia świętej napawało mnie rozkoszą, gdy zazdrościłem kronikarzom klasztornym, wprowadzonym w tajniki tylu niewysłowionych uniesień, olśnień i trwóg. Uważałem , że być sekretarzem świętej to najwspanialsza kariera przewidziana dla śmiertelnika. A gdy wyobrażałem sobie spowiednika tych błogosławionych entuzjastek i wszystkie te szczegóły, wszystkie sekrety, które Pierre d' Alavastra znał na temat św. Brygidy, Henri de Halle na temat Matyldy z Magdeburga, Raymond de Capoue o Katarzynie Sienneńskiej, brat Arnold o Angeli z Foligno, Jan z Marienweder o Dorocie z Montau, Brentano o Katarzynie Emmerich... Zdawało mi się, że Diodatę degli Ademari albo Dianę d' Andolo wzniosło do nieba samo brzmienie ich imion: obudziło ono we mnie zmysłowy przedsmak tamtego świata.

Kiedy dumałem nad życiem Róży z Limy, Ludwiny z Schiedam, Katarzyny Ricci i tylu innych, kiedy myślałem o wyrafinowaniu ich okrucieństwa w stosunku do samych siebie, o tych mękach auto-tortury, o wdzięku i urodzie zdeptanych na własne życzenie, znienawidziłem tego pasożyta ich mąk, Oblubieńca bez skrupułów, nienasyconego niebiańskiego Don Juana, który jako jedyny miał prawo do ich serc. Dość już mając brudnego potu i westchnień ziemskiej miłości, ku nim się zwróciłem, ku ich Poszukiwaniom innego sposobu kochania. "Gdyby najmniejsza kropla tego, co czuję - mówiła Katarzyna z Genes - spadła do Piekła, natychmiast przekształciłaby Je w Raj." Czekałem na tę kroplę, która - gdyby spadła - u kresu swej drogi dotknęłaby mnie.

Powtarzałem za Teresą z Avila jej natchnione okrzyki , widziałem ją jako sześcioletnią dziewczynkę, która woła; "Wieczność, wieczność", później śledziłem, jak rozwijał się jej szaleństwo, żarliwość i surowość. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej zniewalającego niż te osobiste Wynurzenia, wobec których dogmaty walą się w gruzy, a Kościół pozostaje bezradny i zakłopotany... Powinienem był zachować dziennik tych dwuznacznych wyznań, sycić się tymi podejrzanymi tęsknotami... Wcale nie w łóżku doznajemy najwyższych rozkoszy: jakże mielibyśmy znaleźć w ziemskich ekstazach to, czego przeczucie budzą w nas uniesienia świętych? Zawiłość tych tajemnic uzmysławia słynna rzeźba Beriniego - sposób, w jaki artysta przedstawił hiszpańską świętą, daje wiele do myślenia na temat dwuznaczności jej ekstazy...

Kiedy myślę o tym, komu zawdzięczam moje przeczucia najwyższych namiętności, te drżenia podejrzane i najczystsze zarazem; to szczególne wrażenie zanikania, gdy noce się rozpalają, a najmniejsze źdźbła trawy i gwiazdy roztapiają się w melodii radosnej i niecierpliwej; tę nieskończoność tak krótkotrwałą, gorejącą i dźwięczną, taką, jakby stworzył ją obłąkany, szczęśliwy bóg – kiedy więc myślę o tym wszystkim, moja pamięć przywołuje tylko jedno imię: Teresa z Avila oraz te słowa jednego z jej objawień, które powtarzałem sobie każdego dnia: "Nie rozmawiaj już z ludźmi, tylko z aniołami ."

Lata całe przeżyłem pośród tych świętych kobiet, przekonany, że ani poeta, ani mędrzec, ani szaleniec nigdy im nie dorównają. W swojej namiętności do nich zużyłem całą zdolność uwielbiania, całą moc moich pożądań, cały żar moich marzeń. A potem ... przestałem je kochać.

s. 181-182

Odmowa prokreacji

Człowiek, który nie odczuwając już żadnych popędów, dochodzi do najwyższego stopnia obojętności, nie chce przedłużać swojego istnienia. Nienawistna jest mu myśl o tym, że miałby nadal trwać w kimś innym, komu na dodatek nie ma już nic do przekazania. Przeraża go idea gatunku; stał się potworem, a potwory nic już nie płodzą. "Miłość" jeszcze go nęci, zaburza bieg jego myśli. Jest jednak dla niego tylko pretekstem, by powrócić do wspólnoty, zaś dziecko wydaje mu się nie do pomyślenia, tak samo jak rodzina, dziedziczenie czy prawa natury. Bez profesji, bez potomstwa, jest swoją ostateczną konkluzją, najwyższym wcieleniem. Lecz choćby idea płodności była mu najbardziej obca, istnieje ktoś, kto swą potwornością nawet jego przerasta - święty. Zjawisko zarazem fascynujące i odpychające; w porównaniu z nim my zawsze znajdujemy w połowie drogi i zawsze w fałszywej sytuacji - podczas gdy jego sytuacja jest oczywista: koniec zabawy, koniec dyletantyzmu. Osiągnął szczyty, które ogołocił swoim obrzydzeniem, i osiadł w aureoli z nicości na antypodach Stworzenia. Nigdy natura nie zaznała takiej klęski: z punktu widzenia jej ciągłości święty jest absolutnym końcem, jest rozwiązaniem totalnym. Martwić się, jak Leon Bloy, że nie jest się świętym, to jakby pragnąć zniknięcia ludzkości... w imię wiary! I odwrotnie - jakże pozytywną postacią wydaje się diabeł, który zobowiązał się więzić nas w naszej niedoskonałości i - wbrew sobie, zdradzając swoją istotę - pracuje na zachowanie rodzaju ludzkiego. Gdyby wykorzenić ze świata grzech, życie zamarłoby natychmiast. Szaleństwa prokreacji skończą się któregoś dnia, ale stanie się to raczej wskutek zmęczenia niż dzięki świętości. Człowiek nie wyczerpie się w gorliwym dążeniu do doskonałości, on roztrwoni sam siebie; będzie wtedy jak święty pośród pustki, równie daleki od płodności natury, jak on, ten wzór doskonałości i jałowości.

Człowiek rozmnaża się, póki jest wierny powszechnemu przeznaczeniu. Gdy tylko zbliży się do istoty demonicznoś­ci albo anielskości, staje się bezpłodny lub jedynym jego dziełem są płody poronione. W życiu Raskolnikowa, Iwana Karamazowa albo Stawrogina miłość służyła tylko przyśpieszeniu zatraty. Kirłowowi nie był potrzebny nawet ten pretekst: on już nie mierzył się z ludźmi, jedynie z bogiem. Co do Idioty i Aloszy, to sam fakt, że jeden udaje Jezusa, a drugi anioła, od razu umieszcza ich po stronie niemocy...

Ale nawet wyrwanie się z łańcucha pokoleń, owo "nie" idei przekazywania swoich genów, nie może się równać z dumą świętego, która przekracza wszelkie wyobrażalne rozmiary. Bo przecież za tą decyzją, która pociąga za sobą wyrzeczenie się wszystkiego, za tym niezmierzonym ogromem poniżenia, kryje się diabelskie wzburzenie: ten punkt wyjścia do świętości staje się wezwaniem rzuconym rodzajowi ludzkiemu; później dopiero święty zaczyna wspinać się po stopniach doskonałości, mówić o miłości, o Bogu, zwracać się w stronę maluczkich, poruszać tłumy - i zaczyna nas drażnić. W końcu rzuca nam rękawicę…

Nienawiść do "gatunku" i jego "ducha" upodabnia cię do morderców, szaleńców i bogów, do wszystkich wielkich bezpłodnych. Od pewnego poziomu samotności trzeba już przestać kochać, skończyć z ekscytującą nieczystością spółkowania. Ten, kto za wszelką cenę chce przedłużyć swoje trwanie, niewiele różni się od psa: wciąż jest naturą. Nigdy nie pojmie, że, będąc poddanym władzy instynktów, można buntować się przeciwko nim, korzystać z przywilejów swojego gatunku i pogardzać nim: a tak właśnie wygląda koniec rasy - i jej popędów... Stąd bierze się wewnętrzny konflikt tego, kto kocha kobietę i brzydzi się nią jednocześnie, rozdarty między jej powabem i wstrętem, który w nim wzbudza. Dlatego, nie będąc w stanie całkowicie przeciwstawić się wezwaniom gatunku, rozwiązuje tę sprzeczność, marząc na jej łonie o bezludnych pustyniach, czując w nozdrzach powiew klasztornego chłodu pośród stęchlizny gęstego, ciężkiego potu. Nieszczerość cielesności czyni go podobnym do świętych...

Samotność nienawiści... To uczucie, którego doznawać musi bóg, gdy zwraca się ku zniszczeniu, depcze sfery niebieskie, pluje na błękit nieba i na konstelacje ... bóg szalony, chory i nieczysty ... demiurg, który ciska w przestrzeń rajami i latrynami. Kosmogonia zrodzona przez delirium tremens; konwulsyjne apogeum, gdzie żółć jest najwyższym żywiołem ... Stworzenia zapatrzone w archetyp brzydoty wzdychają za ideałem bezkształtu. We wszechświecie pełnym wykrzywionych grymasów, radujących się kretów, hien i pcheł, dla nikogo nie ma już przyszłości tylko dla potworów i dla robactwa. Wszystko nurza się w plugastwie i w gangrenie, cały ten ropiejący ziemski glob, a ludzie wygrzewają swoje rany w promieniach świetlistego wrzodu...

s. 177-180

(Panie, daj mi siłę powstrzymywania się od modlitwy, chroń mnie przed niezdrową skłonnością do uwielbiania, odsuń ode mnie pokusę miłości, która wydałaby mnie Tobie na zawsze. Niech pustka rozciąga się pomiędzy mym sercem a niebem! Nie życzę sobie, by spokój mych pustyń zakłóciła twoja obecność, by moje noce znalazły się w niewoli twej światłości, a moje Syberie topniały w cieple twego słońca. Jestem bardziej samotny niż ty, lecz w przeciwieństwie do ciebie chcę zachować moje ręce w czystości, ty je bowiem zbrukałeś, kształtując ziemię i potem wtrącając się w sprawy tego świata. Od twej niedorzecznej wszechmocy domagam się jedynie szacunku dla mej samotności i dla mojej męki. Na nic mi twoje słowa, boję się szaleństwa, które kazało by mi ich słuchać. Chciałbym ujrzeć ten cud, pochodzący jeszcze sprzed pierwszej chwili czasu, ów spokój, którego ty nie byłeś w stanie znieść, musiałeś więc otworzyć tę szczelinę w nicości i zorganizować ten jarmark czasu - i w ten sposób mnie skazać na wszechświat oraz na wstyd i upokorzenie bycia.)

s. 128

(Jeśli życie znajduje się na pierwszym miejscu w hierarchii kłamstw, to zaraz po nim następuje miłość: kłamstwo w kłamstwie. Ona jest wyrazem naszej hybrydycznej kondycji, otacza się instrumentarium błogiego szczęścia i udręk, dzięki którym znajdujemy w kimś innym substytut nas samych. Jaka to sztuczka sprawia, że dwoje czyichś oczu odwraca naszą uwagę od samotności? Czy nie jest to najbardziej upokarzające osłabienie umysłu? Miłość nadweręża władze poznawcze, ale one, raz obudzone, zabijają miłość. Nierzeczywistość nie może triumfować w nieskończoność, nawet odziana w kostium najbardziej płomiennego z kłamstw. Bo któż potrafiłby żywić złudzenia na tyle silne, by znajdywać w kimś innym to, czego na próżno szuka w sobie? Uczucie ciepła w trzewiach miałoby nam dać to, czego nie znaleźliśmy w całym wszechświecie?

A na tym właśnie polega sedno tej anomalii, tak rozpowszechnionej i niewiarygodnej zarazem: rozwiązać we dwoje - a raczej zawiesić - wszystkie zagadki; dzięki ułudom zapomnieć, że życie nurza się w fikcji, podwojonym gruchaniem zapełnić powszechną pustkę; i wreszcie - cóż za parodia ekstazy - tarzać się w pocie swojego nieszczęsnego wspólnika.)

s. 124-125


tłumaczenie: Magdalena Kowalska