Link do wszystkich dokumentów


Władimir Bukowski o socjalizmie


Kiedy posiada się wewnętrzną wolność, której źródłem jest wierność sobie i przyjaciołom, nikt nie potrafi ci jej odebrać. Łatwiej odebrać sobie życie.

Władimir Bukowski


 Niemożliwe jest bycie członkiem partii komunistycznej i jednoczesne pozostanie indywidualną ludzką jednostką.

Nanavira Thera


(poniższy fragment pochodzi z I powraca wiatr)
Wydawca: Res Publica s. 72-79


Jednocześnie jak ciężkie chmury zaczęły szerzyć uporczywe pogłoski o egzekucjach i torturach, o milionach zamęczonych w łagrach. Uwolniono lekarzy-trucicieli, rozstrzelano Berię jako wroga ludu, a pogłoski zataczały coraz szersze kręgi, jak głuche szemranie:

„Toć największym wrogiem ludu – sam Stalin!”

Zadziwiające, jak szybko ludzie dali temu wiarę. Ci sami ludzie, którzy dwa lata temu tratowali się na jego pogrzebie i gotowi byli oddać za niego życie. Wydawało się, że zawsze o tym wiedzieli, tylko nie chcieli mówić. Wreszcie oznajmiono o tym na zjeździe i te same gazety, radio, książki, czasopisma, filmy i podręczniki szkolne, które tak długo sławiły jego geniusz, zabrały się do osądzania jego „błędów” i „wypaczeń”. Ci wszyscy, którzy przez długie lata zajmowali się zawodowo jego wychwalaniem, teraz zapewniali że o niczym nie wiedzieli – zbyt łatwo przyjęli nową wiarę. A poza tym, jak można przeoczyć zagładę milionów ludzi, zagładę sąsiadów i kolegów?

Nie wierzyłem tym, którzy się bali – zbyt wysokie rangi uzyskali za swój strach. Można ze strachu przemilczeć, można uciec lub skryć się, lecz któż ich zmuszał, by komponowali ody i chorały, by rwali się do funkcji generałów i członków KC? Ze strachu nie otrzymuje się Nagród Stalinowskich i nie buduje willi. Opowiadano, że w trakcie zjazdu ktoś przesłał karteczkę do Chruszczowa: „A gdzie wy wówczas byliście?” Ponoć Chruszczow zapytał po przeczytaniu: „Kto to napisał? Proszę wstać!” Nikt, rzecz jasna, nie wstał. „A więc – powiedział Chruszczow – byłem tam właśnie, gdzie wy jesteście w tej chwili”. Wielu ludziom podobała się ta odpowiedź, wydawała się przekonująca – ja zaś pogardzałem nimi dwoma: i Chruszczowem i autorem karteczki. Obaj oni, znając prawdę, nie mieli na tyle śmiałości, by otwarcie ją wyznać. Ale też obaj mogli nie znajdować się tam, gdzie wymagana była śmiałość, nikt nie zmuszał ich, by byli na tej sali, w pobliżu władzy.

Jak mogło dojść do tego, że ludzie po dziś dzień boją się wstać? Jak mógł jeden człowiek – no, niechby i dziesięciu – przechwycić władzę i trzymać wszystkich w strachu lub niewiedzy? I kiedy się to wszystko zaczęło? Chruszczowowi wydawało się, że wszystko wyjaśnił, udzielił odpowiedzi na wszystkie pytania, że niby zorientowano się, wypuszczono niewinnych, pomodlono się za spokój pomordowanych – i można żyć dalej. Dla nas, zwłaszcza dla mojego pokolenia, pytania dopiero się rodziły. My, którzy nie znaliśmy przedwojennego życia i nie zdążyliśmy wchłonąć komunistycznych dogmatów, poddawaliśmy w wątpliwość same ich podstawy.

Zdążono już wpoić nam, że komunizm to najbardziej postępowa teoria, a Stalin – uosobienie tej idei. I raptem Stalin okazał się mordercą i despotą, ohydnym wyrodkiem nie lepszym od Hitlera! Czymże zatem są te postępowe teorie, jeśli to one zrodziły Stalina? Czymże więc jest partia, jeśli wyłoniwszy Stalina nie mogła go potem powstrzymać? Bała się, nie wiedziała – czy to nie wszystko jedno? Przecież boją się wstać nawet teraz, gdy wszystko wyszło na jaw. Pierwszy wniosek – najbardziej oczywisty – sam się narzucał: system oparty na rządach monopartyjnych będzie rodził Stalinów i nie zdoła ich później usuwać, będzie zawsze niszczył próby stworzenia opozycji, alternatywy.

Wiele w tym czasie mówiło się o demokracji wewnątrzpartyjnej, lecz dla nas brzmiało to nieprzekonująco. Dlaczego demokracja ma być wyłącznie wewnątrzpartyjna? A wszyscy pozostali to nie ludzie, czy co? Przecież my nie wybieramy partii, oni sami się wybierają. Wynika zatem, że właśnie ci sami ludzie, którzy zrodzili i popierali Stalina, znów biorą się do zaprowadzania wyższej sprawiedliwości na drodze demokracji we własnym kręgu. Znów będą przemawiać w imieniu narodu, który ich do tego nie upoważnił. Ci sami łajdacy, którzy przez trzydzieści lat kłamali nam o Stalinie, będą nadal kłamać o partyjnej demokracji. Któż w nią uwierzy? Przecież nic, absolutnie nic się nie zmieniło – jeśli chwilowo nie morduje się milionów ludzi, to gdzie gwarancja, że nie nastąpi to jutro? System ten sam, ludzie też ci sami. Nikt nawet nie został ukarany, nikogo nie sądzono.

A kogo sądzić? Winni są wszyscy – ci, co własnoręcznie mordowali i ci, którzy wydawali rozkazy, i ci którzy aprobowali, i nawet ci, co milczeli. W tym fasadowym państwie każdy grał rolę, która została mu przydzielona i za którą płacono – wielki krwawy spektakl. Ot, choćby moi rodzice – skromni, spokojni, uczciwi ludzie. Ale są dziennikarzami, tworzą tą samą propagandę, która tak podle mnie oszukiwała i która została powołana, by usprawiedliwiać zabójstwa lub je przemilczać. Pewien spory reportaż mojego ojca spodobał się Stalinowi i na skutek osobistego jego rozporządzenia ojciec został przyjęty do Związku Literatów – został pisarzem. Było to całkiem niedawno, jakby wczoraj. Wszyscy cieszyli się, składali mu gratulacje. Reportaż nadawano w radiu, drukowano w Prawdzie, wydano jako osobną książkę. A czy był powód do radości? Wykonał swą podrzędną rolę i główny kat go wynagrodził. Co mnie obchodzi, czym usprawiedliwiali oni swój współudział? Może wręcz tym, że musieli mnie wyżywić.

A ja sam, czyż ja byłem lepszy? Nie dość, że jadłam ich chleb – byłem w dodatku pionierem, brałem udział w działalności tej strasznej machiny, której produktem były albo trupy, albo oprawcy. Czyż jest mi lżej dlatego, że wówczas nie zdawałem sobie z tego sprawy? Czyż człowiekowi jest lżej, gdy dowie się, że przypadkowo, nieumyślnie stał się współwinnym morderstwa? Przypomniał mi się Josif, w obronie którego nie stanąłem i Ulianow, którego zadręczałem jego imiennikiem. Prawdopodobnie kroczyłbym dalej ta drogą, kolejne szczeble, od pionierów do komsomolców, później do partii – jak z klasy do klasy. Po jakiś czterdziestu latach być może machałbym przyjaźnie ręka z trybuny albo podpisywał nakazy aresztowania. A na starość moje własne dzieci zapytałyby: „Gdzie byłeś? Dlaczego milczałeś? Jak mogłeś dopuścić do tego wszystkiego? I kęs chleba stanąłby mi w gardle.


Kto więc uczynił nas wszystkich przestępcami? Pragnąłem prawdy i, rzecz jasna, zacząłem czytać po kolei wszystko, co wpadło mi w ręce. W tych ciemnościach jako jeden z pierwszych trafił mi się oczywiście Włodzimierz Ilicz Lenin. Ach, drogi nasz Ilicz, iluż już zwiódł w mrok, ilu podsunął usprawiedliwienie dla ich przestępstw!. Mnie natomiast dał on jasność. Zaiste, zapalił się w mym rozpaczliwym mroku kaganek Ilicza.

Wiele lat później bywałem często u pewnych moich znajomych. Prócz nich i ich córki mieszkała tam jeszcze babcia. Miła, spokojna rodzina, rozmawiali głównie o sztuce, o malarstwie. Pewnego razu nieoczekiwanie zastałem ich w trakcie zażartego sporu. Cała rodzina łącznie z babcią spierała się o Lenina. Każdy miał swoje wyobrażenie o tym, czego Lenin pragnął, w co wierzył i jakie zasady głosił. Ale co mnie najbardziej uderzyło – cytowali Lenina, przy czym każdy cytat obalał poprzedni. Nie podejrzewałem ich o taką erudycję. Lenina nie lubili, rodzina była religijna i nigdy poprzednio nie zauważyłem, by interesowały ich poglądy Ilicza. Nazajutrz znów do nich wpadłem – i znów zastałem ich przy sporze o Lenina. Ki diabeł, co ich ugryzło? I tak ze dwa tygodnie.

Stopniowo zacząłem tracić cierpliwość: co się odezwę – z miejsca znosi ich na Lenina. Przepadła moja spokojna przystań, gdzie mogłem duszy dać wytchnienie. Coś podobnego – myślałem – ten Lenin wstępuje w ludzi zupełnie jak szatan, by ich skłócić!

Raptem wszystko wyjaśniło się w sposób humorystyczny. Okazało się, że z braku papieru toaletowego wynieśli oni do ubikacji Dzieła zebrane Lenina. Każde z nich widziało różne strony tego kompletu, z różnymi artykułami, czasem wręcz z różnych okresów i, rzecz jasna, nie mogli uzgodnić wspólnej opinii odnośnie głoszonych przez autora poglądów. Taki jest właśnie Lenin, taka jest jego dialektyka. Spróbujcie sami, rozdajcie jego dzieła różnym osobom i zapytajcie później o zdanie: daj Boże, jeśli dwóch na setkę okaże się zgodnych. Nie dziwota, że istnieją na świecie dziesiątki partii marksistowsko-leninowskich i wszystkie – autentyczne! On po prostu nie miał żadnych zasad oprócz jednej: zawsze dopasować bazę teoretyczną do konkretnej swojej decyzji. To właśnie zwie się dialektyką leninowską. Filozofia niezwykle przydatna dla kanciarzy, ale nigdy nie chroniąca przed rozrachunkiem.

Powiadają, że w starożytnej Grecji jeden z wyznawców Heraklita, pierwszego na świecie dialektyka, zadłużył się u sąsiada na sporą sumę, po czym odmówił zwrotu pieniędzy. Podczas procesu oświadczył – powołując się na swego nauczyciela – że upłynął pewien okres czasu i on już jest całkiem innym człowiekiem niż ten, który pożyczał pieniądze, a i wierzyciel doznał dialektycznych przemian, tak więc w ogóle nie jest jasne, czy ktokolwiek jest mu coś winien? Wszystko płynie, wszystko się zmienia. Sędzia – również zwolennik Heraklita – uniewinnił go. Wówczas rozwścieczony wierzyciel chwycił za pałkę i pobił obu niemal do śmierci. Jego też trzeba było uniewinnić, gdyż był już całkiem innym człowiekiem, a i poszkodowani nie byli już tymi samymi ludźmi, których bito kijem.

Mimo to wyciągnąłem jednak z lektury Lenina wiele pożytku. Jest to przede wszystkim żywa historia przestępstw bolszewików, ta sama historia, którą teraz uporczywie ukrywają. W bibliotekach nawet kompletu Prawdy sprzed dwudziestu lat nie dadzą obywatelom sowieckim do rąk własnych, a tutaj – cała rewolucja, cała wojna domowa w notatkach i zapiskach Lenina, jak żywa! Znając późniejszą historię, łatwo zobaczyć co i gdzie miało swój początek.

Sedno zła odnalazłem w leninowskiej logice. Oto mówi on: „Nie można żyć w społeczeństwie i być niezależnym od społeczeństwa”. Na pozór słusznie – w społeczeństwie wszyscy są wzajemnie powiązani. Lecz wniosek jego brzmi: tę zależność należy umyślnie zaszczepiać, kultywować – bo i tak jest nie do uniknięcia. Stworzyć pewnego rodzaju zbiorową odpowiedzialność: ot, wszyscy staliśmy się przestępcami.

Zgodnie z tym samym schematem państwo – twierdzi Lenin – to zawsze przemoc. Przemoc jednej klasy nad drugą. W większym lub mniejszym stopniu. Z tego wyciąga wniosek, że stosowanie przemocy w imię klasy robotniczej jest uzasadnione i niezbędne. Nie ma co się krępować. Oto i macie uzasadnienie terroru.

Literatura i sztuka są zawsze klasowe – mówi Lenin – zawsze stanowią oręże klasy panującej, kultury panującej, a zatem i my będziemy w zgodzie z tradycjami kulturalnymi, jeśli zezwolimy na tworzenie w naszym robotniczym państwie wyłącznie sztuki proletariackiej. Oto i macie cenzurę, wprowadzoną przez Lenina jako „środek przejściowy”, i jej dziecię, socrealizm – o ileż trwalszy.

Własność prywatna – to to, co zrabowano ludziom pracy, a więc rabuj zrabowane! Rozumując ściśle po leninowsku, czemu by nie usprawiedliwić zabójstwa? Przecież człowiek to istota śmiertelna, dlaczego nie zabić go teraz? Wszak i tak umrze. Nie bez powodu miał czwórkę z logiki.

Również całą jego taktykę widać jak na dłoni: najpierw wspólnie ze wszystkimi połknąć jednych, potem z pozostałymi – drugich, wreszcie trzecich, tak, by w końcu pozostać ze słabym przeciwnikiem. A kto jest najwyższym sędzią? Kto wyłącznie wie, gdzie tkwią interesy ludu? Tylko on – cała reszta to zdrajcy. Czemu więc mamy obrażać się na Stalina? Był tylko posłusznym uczniem. I spójrzcie, jak gorliwie pożerali się nawzajem. Dziś kat, jutro ofiara. Tak właśnie, aż po Stalina – jego zeżarli już pośmiertnie. A więc czytajcie państwo klasyków marksizmu-leninizmu! Czytajcie choćby w toalecie, jeśli szkoda wam czasu. Wielce to pouczające.

Od Lenina przeszedłem do rosyjskich myślicieli XIX wieku i odkryłem wówczas zabawną osobliwość: wszyscy oni siedząc w swych posiadłościach, bądź miejskich apartamentach ogromnie lubili rozprawiać o ludzie, o tym, jakie to niezbadane drzemią w nim moce i jak ten lud pewnego dnia przebudzi się i o wszystkim zadecyduje, wygłosi prawdę ostateczną i stworzy prawdziwą kulturę. Nie mogli oczywiście wiedzieć, co wydarzy się na początku przyszłego wieku i co wyjdzie z ludu, a własne sądy opierali w większości na swym woźnicy bądź dozorcy. Tak to właśnie zrodziło się pojęcie kultury proletariackiej jako czegoś wzniosłego.

Nam jednak, dorastającym na podwórkach i w komunałach wśród tego właśnie proletariatu, żyjącym z nim na równi, dziwnym się wydawało sformułowanie „kultura proletariacka”. Dla nas nie była ona mistyczną zagadką, lecz oznaczała pijaństwo, bójki, nożownictwo, harmoszkę, bluzgi i łuskanie słoneczników. Żaden prawdziwy proletariusz nie nazwałby tego kulturą, ponieważ cechą charakterystyczną tego proletariatu była nienawiść do kultury i jakaś niewytłumaczalna zawiść. Kultura – to była wiedźma pędzona kamieniami. „Patrzcie no, kulturalni!” - syczeli z wściekłością sąsiedzi. Od dzieciństwa wiedziałem, że nie ma niczego bardziej haniebnego niż być inteligentem. Nawet chodzenie w kapeluszu albo okularach było złem. A co najdziwniejsze – ludzie utalentowani, którzy przebili się z dołów, nie głosili socjalizmu. Nie pragnęli też orać ziemi, podczas gdy hrabia Tołstoj miejsca sobie nie mógł znaleźć, cierpiąc, że nie pracuje fizycznie.

Z dużym zainteresowanie zacząłem czytać dalej – i przeczytałem wszystkich socjalistów-utopistów jakich udało mi się zdobyć. Byłem zdumiony – przecież te wszystkie ich utopie rzeczywiście zostały u nas zrealizowane! To znaczy zrealizowano je tak, jak jest to możliwe wśród ludzi. Okazaliśmy się po prostu najpilniejszymi i najbardziej konsekwentnymi wykonawcami tych utopii. Proszę zwrócić uwagę – wszystkie te teorie zakładają istnienie jakiś szczególnych ludzi, którym państwo idealne przypadnie do gustu, ludzi bez wyjątku uczciwych, obiektywnych, troszczących się o wspólne dobro – ciekawe, gdzie podziali się u nich wszyscy łajdacy? W tym celu należy nowe państwo odizolować od wpływów zewnętrznych – oto i macie żelazną kurtynę.

W każdej utopii państwo tworzy się z woli jakiegoś mędrca, ot, takiego Dziadka Lenina, który nadaje ludziom dobre prawa. Ludzie nie wiedzieć czemu z radością wyrażają na to zgodę. Jeszcze wczoraj nie chcieli, a dziś cieszą się jak jeden mąż – słowem, wczoraj było za wcześnie, jutro będzie za późno. A jeżeli część z nich nie zgadza się – to znaczy wojna domowa?

Mieszkańcy utopijnego państwa winni definitywnie wykreślić z pamięci swe dawne nawyki, tradycje, i zasady, całą dawną historię – a więc cenzura, indeksy książek zakazanych i temu podobne. Dla większego obiektywizmu i bezstronności wszelkie dobra rozdzielane są przez urzędników – ot i biurokracja. Campanella w Mieście słońca proponuje, by nawet dobór par małżeńskich zlecać specjalnym urzędnikom. Tu by dopiero łapówkarze mieli pole do popisu!

I wreszcie główna teza wszystkich utopistów: przyjmuje się za rzecz oczywistą, że ludzie urodzeni i dorastający już w nowym systemie będą zupełnie inni, tacy, jakich ustrój ten wymaga. Oto ich podstawowy błąd: zupełnie serio sądzą, że człowiek przychodzi na świata pusty jak naczynie i podatny jak wosk, a dlatego – twierdzili oni – nie będzie już więcej przestępczości, niezadowolenia, zawiści i złości.

Zadziwiająca, naiwna i nieludzka wiara wszystkich socjalistów w moc wychowania przekształciła nasze szkolne lata w męczarnię, a kraj pokryła obozami koncentracyjnymi. U nas wychowuje się wszystkich bez wyjątku, starych i młodych, a wszyscy mają wychowywać się nawzajem. Zebrania, wiece, szkolenia, dyskusje polityczne, nadzór, kontrole, imprezy zbiorowe, czyny społeczne i współzawodnictwo socjalistyczne. Dla sprawiających największe trudności wychowawcze – ciężka praca fizyczna w obozach koncentracyjnych, taka, do której rwał się Tołstoj. A jakże inaczej budować socjalizm? Wszystko to było już dla mnie, piętnastoletniego młokosa, w pełni zrozumiałe. A zapytajcie choćby dziś jakiegoś zachodniego socjalistę: co należy zrobić w socjalizmie z ludźmi nieodpowiednimi? – wychowywać – odpowie.

U nas usiłowano nawet na serio przekształcić drogą wychowania jabłka w gruszki i wiara w moc pedagogiki stanowiła przez pięćdziesiąt lat podstawę biologii. Powiadają, że pewien zdziwaczały Anglik przez dwadzieścia lat obcinał szczurom ogony, ciągle oczekiwał bezogonowego potomstwa – nie doczekał się i machnął ręką. Czegóż od niego, od Anglika wymagać? O nie, w ten sposób socjalizmu się nie zbuduje. Zabrakło mu zapału, zdrowej wiary w świetlaną przyszłość. U nas to co innego: dziesiątki lat ścinano ludziom głowy – i wreszcie poczęli rodzić się bezgłowi ludzie nowego typu. Najważniejsze nie tracić ducha, przecież to wszystko w imię powszechnego szczęścia.

Zadziwiające, straszne i nieludzkie jest to marzenie o powszechnej absolutnej równości. Gdy tylko zdoła ono opanować ludzkie umysły – z miejsca morza krwi i góry trupów, z miejsca biorą się do prostowania garbatych i skracania wysokich. Pamiętam, że na ekspertyzie psychiatrycznej stosowano następujący test: należało sobie wyobrazić katastrofę kolejową. Wiadomo, że podczas takiej katastrofy najbardziej poszkodowany jest ostatni wagon. Co zrobić, by mu się nic nie stało? Zakłada się, że człowiek niedorozwinięty zaproponuje, by ostatni wagon odczepić. Wydaje się to zabawne, ale proszę się zastanowić, czy idee i praktyka socjalizmu są duża mądrzejsze?

W społeczeństwie – mawiają socjaliści – istnieją bogaci i biedni. Bogaci bogacą się a biedni biednieją – cóż począć? Odczepić ostatni wagon: zlikwidować bogatych, pozbawić ich majątku i rozdać biednym. I zaczynają odczepiać wagony. Ale za każdym razem okazuje się, że mimo wszystko, nadal któryś jest na końcu, nadal ktoś jest bogatszy, a ktoś biedniejszy, ponieważ całe społeczeństwo jest jak magnes: jakkolwiek będziesz je przecinał – zawsze zostaną dwa bieguny.

Ale czy prawdziwego socjalistę zbije to z pantałyku? Najważniejsze to urzeczywistnić marzenie, dlatego na początku likwiduje się najbogatszą część społeczeństwa, a wszyscy się radują – każdemu coś przypadnie! Ale oto łupy roztrwoniono i znów rzuca się w oczy nierówność, znów są bogaci i biedni – odczepia się kolejny wagon, potem następny, a końca wciąż nie widać, nie osiągnięto równości absolutnej. I raptem spostrzegasz, że jeśli chłop ma dwa konie i krowę, to znalazł się w ostatnim wagonie, już go rozkułaczają w imię wzniosłych idei. Co w tym dziwnego, że gdy tylko rodzi się dążenie do równości i braterstwa, z miejsca pojawia się gilotyna?

Takie to przecież łatwe , takie proste i kuszące – odebrać i podzielić! Wszystkich zrównać i za jednym zamachem, jednym szarpnięciem rozwiązać wszelkie problemy. Jakże to korci – móc raz na zawsze wyzwolić się z nędzy i przestępczości, rozpaczy i cierpień. Wystarczy jedynie zechcieć, wystarczy tylko poprawić tych, którzy przeszkadzają w powszechnym szczęściu – i raj na ziemi, pełna sprawiedliwość i życzliwość! Trudno powstrzymać się człowiekowi od tego marzenia, od tego wspaniałego porywu, zwłaszcza ludziom szczerym i popędliwym. Oni pierwsi zaczną ścinać głowy.

Nie straszny żar piekła, nie straszna moc wściekła,
Nie straszno, gdy piorun uderzy,
Lecz straszny ten człowiek, co wstanie i powie,
„Ja jeden wiem co należy!”
Co powie: „Idziemy! I niebo na ziemi
Każdemu, kto we mnie uderzy!*

Oni też pierwsi trafiają na szafot lub do więzienia. Jest to system zbyt dogodny dla łotrów i demagogów, którzy też koniec końców będą decydować, co dobre i złe.

Trzeba nauczyć się szacunku dla najbardziej niepozornego, najbardziej wstrętnego człowieka, by mógł żyć tak, jak chce. Trzeba raz na zawsze wyzbyć się występnej wiary w reedukowanie wszystkich zgodnie z własnym wzorcem. Należy zdać sobie sprawę, że bez przemocy można stworzyć jedynie równość szans, ale nie równość rezultatów. Absolutnie równi są ludzie jedynie na cmentarzu, i jeśli chcecie obrócić swój kraj w jeden wielki cmentarz – cóż, zapisujcie się do socjalistów. Ale człowiek tak już jest zbudowany, że cudze doświadczenia, cudze tłumaczenia nie przekonują go, musi sam wszystko sprawdzić i przerażeniem patrzymy dziś na rozwój wypadków w Wietnamie i Kambodży, ze smutkiem przysłuchujemy się paplaninie o eurokomunizmie i socjalizmie z ludzką twarzą. Dziwna sprawa – nikt nie mówi o faszyzmie z ludzką twarzą. Dlaczego?


Tłumaczenie: Andrzej Mietkowski

*Fragment pieśni Aleksandra Galicza (tłumaczenie Stanisław Barańczak)

Więcej o socjalistycznym zagrożeniu dla  etyki - tutaj