Link do wszystkich dokumentów

  
Witkacy
 Alkohol (C2H5OH)



   Tyle o tym nieszczęsnym alkoholu jest już napisane, że niedobrze się robi, gdy się
w tej sprawie „dotyka pióra”, jak mówił (negatywnie zresztą) w pewnym wywiadzie
Ferdynand Goetel. Cóż robić — coś powiedzieć w tej materii trzeba, gdy się wypiło
w przeciągu piętnastu lat „niemało” hektolitrów tego płynu i posiada się taką wiedzę co
do jego tak dodatnich, jak i ujemnych skutków.
   Jestem za absolutną prohibicją, ale muszę przyznać, że czasami, mimo że można by
się ostatecznie bez niego odejść, alkohol załatwia mnóstwo nieporozumień, tak we-
wnętrznych, jak i zewnętrznych. Według mnie powinien jedynie być dozwolony, do
czasu, artystom i literatom, którzy wiedzą z absolutną pewnością, że w krótkim czasie
mogą się „wyprztykać” i że bezwzględnie bez pomocy alkoholu nic by wartościowego
nie stworzyli. Ale ten problemat wobec nieistotności literatury, która zaczyna kończyć
się w naszych czasach (o czym obszernie gdzie indziej), i końca sztuki, który nawet
zdaje się dla największych gigantów optymizmu przestaje być mitem, traci także na swej
— pozornej już — jadowitości. Co komu po tym i czy warto, aby nawet artyści truli się
narkotykami, wobec tego, że ich ostatnich podrygów formalnych nikt już naprawdę
nie potrzebuje. A w innych sferach jeśli nie doraźnie, to w każdym razie na przestrzeni
już paru lat daje alkohol skutki psychiczne tak ujemne, że odruchem każdego szanu-
jącego się człowieka i społeczeństwa powinna być absolutna (nawet małe piwo wy-
kluczone!!) abstynencja i prohibicja. I niech nie gadają alkoholicy tzw. „umiarkowani”
(najgorszy gatunek) o zwiększeniu potrzeb na inne narkotyki, o „zdrowotności” małych
dawek, o konieczności używania sfałszowanych produktów itp. bzdurach. W ten spo-
sób żadna wielka idea nie byłaby nigdy wprowadzona w życie. Tylko ostre postawie-
nie kwestii przez małą grupę ludzi umożliwia powolne filtrowanie się przemian w bez-
władne cielska społeczeństw. Ale następnie tylko zorganizowana akcja może utrwalić
choćby w części dobre skutki i rozpuścić skoncentrowaną ideę w rozczyn, z początku
słaby, którego siła będzie jednak wzrastać stale, w miarę ciągłego, wytężonego działa-
nia. Umiarkowanie postawiona kwestia skazana jest z góry na zagładę. Świat posuwa
się naprzód (względnie w tył w pewnych sferach) skokami i bez rewolucji w najszer-
szym znaczeniu bylibyśmy dotąd w okresie totemizmu, magii i ludożerstwa. Może byli-     

byśmy szczęśliwsi — kto wie? Ale jeśli już raz społeczeństwo zgnębiło indywiduum, to
powinno je dognębić szybko do końca. Kłamliwy okres demokratycznych pseudoswo-
bód ma się ku końcowi. Pojęcie demokracji było ostatnią maską dla ginących dawnych
wartości w stanie rozpadu. Dlatego uważam, że mimo iż Europa jest nerwowo roztrzę-
siona i zniekształcona wojną i mimo kryzysu, który to wywołać na czas pewien może,
powinno się dążyć do zupełnej prohibicji na tle psychologicznego, a nie fizjologicz-
nego uświadomienia wszystkich obywateli. Nawet jeśli na razie umiarkowany alkoho-
lizm może mieć pozornie dodatni wpływ w kierunku bezbolesnego zmechanizowania
ludzkości, okupione to będzie depresją, której skutki trzeba będzie zwalczać przez setki
lat, podczas gdy abstynencja da się osiągnąć za cenę moralnego i fizycznego jednorazo-
wego wstrząsu jednego pokolenia.

    Faktem jest, że przy pomocy alkoholu da się dokonać w danej chwili czynów, któ-
rych by się bez użycia go w tej właśnie chwili nie dokonało. Chodzi o to, czy w danym
fachu i przy danej strukturze psychicznej warto ryzykować ruinę w przyszłości dla po-
zostawienia po sobie działania czynów i tworów, które ostatecznie można by osiągnąć
przy większej pracy i wysiłku bez tej pomocy.

    Zdaje się, że naprawdę jedyną sferą, w której jeszcze (zwracam uwagę na to jeszcze)
problemat ten ma pozory istotności, jest twórczość artystyczna i literacka. Bo ostatecz-
nie rzecz biorąc, to, czy się dany „pismak” czy „artystyczny błazen” (bo tak musimy okre-
ślić ten zanikający rodzaj ci — devant pracowników umysłowych w stosunku do wiel-
kości przemian społecznych) skończy wcześniej czy później, mała będzie stąd pociecha
czy zmartwienie, tym bardziej że nigdy (w przeciwieństwie do innych sfer działalno-
ści) nie będziemy mogli przewidzieć, czego by mógł jeszcze dokonać i czy skończył się
we właściwym czasie. Sferę tę cechuje fantastyka psychologii, nieobliczalność i nerwo-
wość — występuje w niej pierwiastek tzw. „natchnienia”. Mówię to bez oczu wzniesio-
nych w górę, zupełnie po prostu — natchnienie jest faktem, i to faktem tak samo pod
pewnymi względami zwykłym, jak jedzenie i picie. Tyle tylko, że nie można poznać do-
kładnie warunków jego powstania — czasem nawet jeden kieliszek wódki może być
przyczyną stworzenia rzeczy naprawdę wielkich jako point de declenchement (nie ma
na to polskiego słowa — a szkoda). Wszystko zależy od dystansu, na jaki jest zamie-
rzone dane życie i dana twórczość. Zwracam tylko pewnym ludziom uwagę na przykry
wypadek: oto można uważać siebie za krótkodystansowca i zniszczywszy się gruntow-
nie przedwcześnie i nie dokonawszy obiecanych sobie i innym dzieł znaleźć się wobec
szalonych pragnień na dalszy dystans i nie mieć już wtedy ani dość siły, ani odpowied-
niej organizacji wewnętrznej dla ich spełnienia. Natchnienia też nie łowi się przypad-
kiem, poza pewnymi granicami, w których ono narzuca się samo. Jeśli ktoś w prze-
rwach od chwil takich będzie tylko pił, uganiał się za dziewczynkami, siedział w kinie
lub na dancingu, zmarnuje w sobie ten dar bardzo szybko. Jedyna rzecz dla artystów                                             
i literatów to wypełnianie chwili pustki twórczej intelektualną pracą. Ale mało kto dzi-
siaj to robi. Ich to nudzi, biedaków — wolą się bawić; ale niedaleko zajadą w ten spo-
sób. Widać to już na poprzednim pokoleniu, a ci „najmłodsi” trwonią swe siły zdaje się
w jeszcze szybszym tempie i alkohol wraz z nikotyną nie jest w tym procesie bez przy-
czyny. Ale mniejsza o nich — to... jest rasa wymierająca. Mogłaby wymrzeć w trochę
piękniejszych i potężniejszych formach — trudno. Lecz jeśli chodzi o wszystkich in-
nych działaczy i pracowników, to musimy oświadczyć się bezwzględnie przeciwalko-
holowi. Ja sam do trzydziestego roku życia nie piłem prawie nic. Później czasami uży-
wałem alkoholu przy pisaniu pierwszego szkicu rzeczy scenicznych. Bynajmniej nie pi-
sałem po pijanemu — tylko wskutek chęci szybkiego naszkicowania całości musiałem
się wzmocnić paroma wódkami, po prostu dla dodania sobie sił. Powieści moje, wbrew
mniemaniu niektórych, są kompletnie „narkotik — und alkoholfrei”. Rysowałem zaś po
pijanemu, to przyznaję, i to nie tylko po pijanemu, ale eksperymentowałem ze wszyst-
kimi znanymi narkotykami i mimo że stanów tych jako takich nie uznaję, w portretach
w tych właśnie stanach robionych dokonałem na bardzo małą skalę rzeczy, których bym
jednak bez tego nigdy wykonać nie potrafił. Zaznaczę tylko, że nie uważam prac tych za
skończone dzieła sztuki, ale za coś w swoim rodzaju zupełnie odrębnego. Portret jako
taki jest psychologiczną zabawą przy pomocy artystycznych środków, ale nie dziełem
sztuki — mógłby nim być oczywiście przy pewnych warunkach, jak i trzy jabłka na ser-
wecie czy walka byków. Ale dość o tym — nudne to jak cholera — ani sztuką, ani teorią
nie myślę się więcej zajmować.

    A więc któż nie zna dziwności pierwszych chwil poznania się z alkoholem. Nie będę
wdawał się tu w analizę tych momentów, aby nie zachęcić kogo do ich zakosztowania.
W ciągnięcie się w alkoholizm postępuje daleko szybciej niż przyzwyczajenie się do ni-
kotyny. Byłem pijakiem bardzo początkującym, ale wiem coś o tym. Alkohol działa po-
tężniej niż nikotyna — dodaje tzw. „skrzydeł” myśli i uczuciom. Wszystko zdaje się ła-
twym i bliskim, po najtrudniejsze rzeczy wydaje się, że trzeba tylko sięgnąć. Sięga się
i nawet za pierwszym, drugim razem coś w tej ręce zostaje. Sięga się trzeci i czwarty
— zostaje coraz mniej. Ale przyjemność łatwego sięgania jest wielka i tak się szybko
człowiek „wysięga”, że potem nie zostaje mu nic, a sięganie trwa dalej i ogranicza się
tylko do zamiarów. Alkoholicy żyją zamiarami — przestają oceniać obiektywne wy-
niki swych własnych, pozornych wysiłków. Bo wysiłek jest pozorny i za każdym razem
spuszczenia się na pomoc „przezroczystego płynu” osłabia się zdolność dokonania
prawdziwego aktu woli, który stwarza podstawę do dalszego działania. Alkohol tę pod-
stawę niszczy, przyzwyczajając nałogowca do zastępowania autentycznej woli przez pro-
tezę. O ile nikotyna jest tylko środkiem pomocniczym, dopinguje, ale ostatecznie wy-
konać trzeba wszystko samemu, o tyle alkohol daje złudzenie stwarzania i w tym leży
jego wyższe niebezpieczeństwo. Jest to jednak tylko złudzenie: pozwala on kombinować                                        
dany materiał, ale nie stwarza rzeczy nowych, chyba tam gdzie w grę wchodzą kwestie
techniczne, po prostu zręczność rąk (czy innych członków) przy szybkim rysunku (i to
specjalnie przy rysowaniu z natury), improwizacji np. fortepianowej, przy grze w bi-
lard (małe dawki!!), w tańcu improwizacyjnym i innych mniej szlachetnych czynno-
ściach. Ale bezwzględnie zgubnym jest wszędzie tam, gdzie chodzi o operowanie po-
jęciami. Ułatwia połączenia — może pomóc do skonstruowania ad hoc humorystycz-
nej mowy np., ale nie pomaga tam, gdzie chodzi o sprawność ośrodków najwyższych,
przy komponowaniu poezji, dramatów i powieści, wszystko jedno, że dwie pierwsze
istności są dziełami sztuki, a trzecia nie — materiałem ich są pojęcia. Uczuciowe sko-
jarzenia następują szybko i bez wysiłku i często z nich jeszcze, jako z materiału, dadzą
się wyrobić na trzeźwo wyższe wartości, ale jeśli chodzi o samo „koncypowanie”, dzia-
łanie alkoholu jest złudą, szczególniej dla typów schizoidalnych. Jeszcze pyknik łatwiej
sobie poradzi z krótkim spięciem mózgowym, na tle zwałów lipoidów, którymi są obło-
żone jego nerwy i gangliony. Ale dla początkującego nawet „schyzia” alkohol jest zabój-
czy. Obnaża nerwy, które wprawdzie drygają i dygocą, ale jak części jakiegoś rozkleko-
tanego gruchotu, a nie zdrowym tętnem potężnej machiny. Ale przyjemność doraźna
jest większa — alkohol usuwa nudę, tę integralną część prawdziwie wielkiej twórczo-
ści, bawi zbyt samym aktem tworzenia, a nie daje skontrolować wyników przez ogól-
nie optymistyczny ton całości procesu — dotyczy to nie tylko pracy, ale wszystkiego.
Nie pozwala on bowiem widzieć ujemnych stron żadnego zjawiska, pozbawia krytycy-
zmu, każe się zachwycać najbezecniejszymi bzdurami, zmusza do widzenia utajonych
konstrukcji tam, gdzie jest śmietnikowy chaos, dezorganizacja i zgnilizna. Stąd jest al-
kohol przyczyną powstawania psychologii „nieuznanego geniusza”, tak rozpowszech-
nionej szczególnie u nas i w Rosji, może właśnie wskutek nadużywania tego trunku.
Wszystko to są skutki alkoholu, rzec by można dodatnie, ale chwilowe. Nikotyna słabą
daje reakcję — alkohol wprost potworną. Jako lekki na razie objaw [braku] abstynen-
cji powstaje nazajutrz tak zwany „katzenjammer”, czyli po polsku „glątwa”. Na niej to
można oglądać w zarodku stan końcowy, który u niektórych występuje już w rok lub
dwa od chwili zaczęcia nadużywania alkoholu, zależnie od siły systemu nerwowego
i innych organów. Ten stan musi być zalany nową dawką jeśli nie natychmiast (co cza-
sem, jeśli dawka nie jest zbyt wielka i nie jest początkiem nowego chlania, jest korzyst-
ne), to po pewnym czasie. Gdyż zatrucie takie trwa trzy do czterech dni, a w następ-
stwie nawet po minięciu objawów ostrych wywołuje charakterystyczną nudę alkoholi-
ków: wszystko zdaje się nie to, horyzont daleki jest zagwazdrany, poczucie, że cokolwiek
się zacznie, musi skończyć się klęską, zgniły pesymizm, wrażenie krótkości życia, nic nie
warto zaczynać — e, co tam, pięć lat będę krócej żyć i bęc — po jednemu — zwykle ktoś
przyjdzie w tym samym stanie, co ułatwia znacznie rozpoczęcie nowej serii i koniec
— dany osobnik znajduje się już na pochyłości. Znowu wracają dawne złudzenia: nie                                            
jest wcale tak źle — od jutra zacznie się nowe życie, przecież się nie będzie więcej pić.
Chodziło tylko o zobaczenie tego, co jest na dnie. Jest tam jeszcze coś, więc oczywiście
pod wpływem wódy burzy się to i bulgoce, i przewala się, i zwykła kałuża codzienno-
ści zdaje się groźnym, wspaniałym morzem, a pływające po niej odpadki imitują wiel-
kie okręty, wiozące skarby ku nieznanym brzegom. Mało kto zatrzyma się po trzech ko-
lejkach. Przeważnie [...] — dojeżdża się do samego dna, nie zadawalniając się wzburze-
niem powierzchni swego bajorka. Tam następuje przejrzenie pustki i konieczność chla-
nia dalej, aż do zupełnej zatraty wszelkiej oceny, aż do plugawego, tragicznego taplania
się we własnym nieudaniu się, w którym następuje ostateczne zadowolenie. Jedni piją
właśnie te „parę wódeczek” i potem coś jeszcze w ogóle robią — jest to typ na dalszy dy-
stans niebezpieczniejszy — są to kandydaci na alkoholików codziennych. Inni zachle-
wają się na całego i muszą zrobić parę miesięcy, tygodni, potem dni przerwy. Ale osta-
tecznie dwie te „linie rozwojowe” konwergują ku wspólnemu kierunkowi — pierwsi
zwiększają dawkę „paru wódeczek” do dwudziestu, trzydziestu i więcej, tamci zmniej-
szają interwały większych tak zwanych „stuknięć”. Obu grozi ten sam wynik: zidiocenie,
zanik woli, niemoc, niemożność wszelkiego czynu. Oczywiście na to mi powiedzą opty-
miści, że mieli „wujka”, który umarł jako czerstwy, różowy staruszek lat dziewięćdzie-
sięciu dwóch, który codziennie do obiadu i kolacji chlał „literatkę” vel „angielkę” czy-
stej wódy, albo babkę, która zakrapiała się od rana „ziółkami”, czyli wychlewała co dwie
godziny jedną małą wódeczkę zabarwioną jakąś, nieszkodliwą zresztą, trawką. Ale tym
znowu odpowiem: wyjątki nic nie znaczą, a staruszeczek byłby może jeszcze czerstwiej-
szy, a babka nie umarłaby w wieku osiemdziesięciu pięciu lat, tylko stu. Ludzie starsi
twierdzą często, że za długo żyją — więc może lepiej byłoby, gdyby chlali? Kto wie?
Nie będę tu roztrząsał tych problematów neo — pseudo — maltuzjańskich. W Australii
zjada się starców i zbyteczne dzieci z powodu życia koczowniczego i bezmieszkanio-
wego tamtejszych, wymierających z degeneracji, plemion. Etyka jest kwestią względną
— polega na stosunku indywiduum do grupy społecznej, zależnego od tysiąca czynni-
ków zmiennych. A zresztą ta zasada nieszkodliwości alkoholu stosuje się tylko do ul-
trapykników i nie może być brana pod uwagę, gdy chodzi o tonus i tętno całego społe-
czeństwa, mimo że według mnie pyknicy zaczynają brać w ogólnym rozwoju górę nad
podupadającymi schizoidami, których perihelium przeszło pod koniec osiemnastego
wieku. Przeczytajcie w ogóle Kretschmera, czytelnicy — dobrze wam to zrobi, mimo że
krytyk, p. Furmański, woli i zaleca nawet Dzikuskę (czyje to jest, nawet nie wiem) po
przeczytaniu mojej powieści, która za cel uboczny powinna mieć zachęcenie ogółu do
większego przeintelektualizowania codziennego dnia nawet.

   Otóż wracając do alkoholu: alkohol jest nudny. Wiedzą o tym ci, którzy zaczęli go
choćby z lekka nadużywać. Daje z początku iluzję nieskończonych obszarów ducha,
które przy jego pomocy zdobyć można. (Nikotyna jest też nudna, ale przynajmniej nic                                            
prawie nie obiecuje.) Wydaje się po pierwszych (w życiu w ogóle i następnie na po-
czątku „popojki”) kieliszkach, że kryją się w alkoholu niesłychanie odkrywcze właści-
wości. Jedynie łatwość kombinacji znanych elementów daje niedoświadczonemu pija-
kowi to złudzenie. A gdy pozna, że był oszukany, często bywa już za późno, aby zawrócić
z raz powziętego kierunku. Z rozpaczą w sercu gna dalej po pochyłości upadku, zalewa-
jąc strach przed zidioceniem i tą specyficzną ponurością stanów abstynencji nowymi
dawkami „wody ognistej”, potęgując dozę, aby wrócić do pierwszych chwil ekstazy. Na
próżno. Jak każdy narkotyk czy ekscytans alkohol ma swoje granice. Poza pewną dawką
nie da już chwil pierwotnego upojenia, którym wciągał nieszczęśliwca w swe, wątpliwej
wartości, że tak powiem popularnie, sezamy. Przychodzi kres podniecenia — rozpacz
może być pokonana jedynie ogłupieniem. Ale nawet w okresie swej największej „intere-
sującości” alkohol może być powodem zupełnego wykrzywienia życia, skierowania go
na jakąś lokalną bocznicę albo nawet na ślepy tor, zaraz za stacją wyjściową — i to nie-
zależnie od złych skutków na dalszą metę, tylko z powodu ukazywania omawianemu
jego uczuć, przeżyć i ludzi (a nade wszystko stosuje się to do kobiet) w zupełnie fałszy-
wym świetle. I często takie zboczenie z drogi pod chwilowym działaniem C2H5OH ma
potem znaczenie dla całego życia i może spowodować dalszy programowy alkoholizm,
jako jedyny środek na odparowanie ciosów losu, nie mówiąc już o potwornych kłót-
niach, zabójstwach itp. rzeczach, o których tyle się już napisało.

   Ale to są zjawiska końcowe albo wyjątkowe. Mnie chodzi o oświetlenie samych po-
czątków nałogu, w którym się one kryją i ukazanie tych stanów „glątwowych”, w któ-
rych można obserwować je w zarodku. Jednorazowe upicie się, a nade wszystko nastę-
pująca potem „glątwa” są często miniaturowym odbiciem całego zmarnowanego póź-
niej beznadziejnie życia.

   A więc dalej: do pewnego punktu tylko podnieca alkohol wyobraźnię i pozornie
stwarza nowe kombinacje pojęciowe, wytwarza fluid porozumienia między niezgod-
nymi w istocie typami i ułatwia uczuciową zgodę, potęgując czasem pewne rozmowy
i przeżycia do granic ekstazy w chwili działania. Zawsze po ocknięciu się z zachwy-
tu, a szczególniej w czasie następującej nieuniknienie „glątwy”, widzi się bezwartościo-
wość przeżytych stanów i wypowiedzianych słów — niestety często bywa za późno, aby
się cofnąć, i pije się potem znowu, aby powrócić do „sztucznego raju”, w którym zanika
poczucie bezsensu wszechświata i wszystko zdaje się koniecznym w swej doskonało-
ści, jak elementy prawdziwego dzieła sztuki złączone formalną koncepcją ogólną. Tej
złudnej formy użycza często bezforemnej miazdze życia kłamliwy pocieszyciel — alko-
hol. Forma ta ginie jak mgiełka wraz z oparami spirytusu, mimo że przed paroma go-
dzinami zaledwie miała pozory żelazobetonowej konstrukcji — rzeczywistość rozwiera
na nas swą galaretowatą, śmierdzącą paszczę i wlepia w nas szydercze, rozlazłe z dzikiej
rozkoszy nabrania oczy — wszystko to skarykaturowane do potworności pod wpływem                                            
ogólnego odwartościowania i sflaczenia wewnętrznego na skutek poalkoholowej „glą-
twy”. Ale zawsze jeszcze do czasu przy pomocy zwiększonych dawek trucizny można
powrócić do dawnej ekstazy i mieć choćby marne złudzenie życia. Z „popojek” zostają
jednak wspomnienia lepszego świata, mimo że w okresach abstynencji coraz trudniej
można zrealizować wyniki tzw. „złudnych wzlotów” w nie ziemską zaiste doskonałość.
Zniechęcenie, złość o byle co, fatalne traktowanie najbliższych i najżyczliwszych, nawet
najukochańszych ludzi, niemożność skupienia uwagi, ciągłe szukanie byle jakiego to-
warzystwa, niepokój kwaśny i gorzki, bezsenność w nocy i ciężki sen poranny, z któ-
rego trudno się przebudzić, zamiast radości przebudzenia lęk przed życiem, zanik od-
wagi tak cywilnej, jak i wojskowej i ciężar nieznośny w głowie przy jakim bądź intelek-
tualnym wysiłku — oto pierwsze objawy (słabe na razie) zbliżającego się końca pierw-
szego aktu tragedii. Wtedy jeszcze można bez wysiłku zawrócić. Ale któż to wykona.
Durnie są wszyscy na tym punkcie, nawet najrozumniejsi spośród was — widok prze-
rosłej wątroby jeszcze was nie straszy. Objawy takie należy „zalać” — to jest wasze je-
dyne wyjście. Ale potem (okres ten pierwszy jest indywidualny co do długości — u jed-
nego może trwać rok, u drugiego dwadzieścia lat) przychodzi czas, że dawka alkoho-
lu, którą organizm znosi bez ostrego zatrucia, przestaje wystarczać dla pokonania wy-
mienionych wyżej stanów. Gorzej: po krótkim czasie, w którym występują objawy al-
koholicznej nudy, tak tragicznym dla prawdziwego, przywiązanego naprawdę do swego
ulubionego płynu alkoholika (czuje on się wtedy jak zdradzona kochanka co najmniej),
następuje okres spotęgowania złych stanów pod wpływem nadużycia C2H5OH. Jest to
czas, w którym bezwzględnie należy przestać pić, gdyż dalsze brnięcie w nałóg grozi już
nie tylko coraz gorszą „glątwą” i pomniejszymi cierpieniami otoczenia, ale także odpo-
wiedzialnością karno — sądową za różne, nie tylko moralne, uszkodzenia otoczenia.
Rozpoczyna się okres złości — alkohol dojechał do dna, na dnie zaś jest pustka stwo-
rzona przez ciągłe życie z kapitału, zalewany systematycznie upadek ducha i zdawanie
się na rozwiązanie tych problemów przy pomocy „paru wódeczek”. Alkoholik już pod
wpływem paru kieliszków staje się zły. Znikły dawne „kordialne” przeżycia i idealiza-
cja ludzi i świata pod wpływem — zalania ganglionów straszliwą cieczą. Wszystko, co
najgorsze, wychodzi z człowieka, który przecie jest tylko tresowanym bydlęciem i ni-
czym więcej. Rolę pogromcy odgrywa społeczeństwo, które nawet wbrew daleko sięga-
jącym swym instynktom (to twór, który ma swoje formalne instynkty od najdawniej-
szych czasów, od epok totemicznych klanów począwszy) toleruje umiarkowany alkoho-
lizm dla doraźnych celów uspokojenia metafizyczno — bydlęcych stanów swoich „oby-
wateli”. A więc przyjaciele zamieniają się na wrogów, których złe traktowanie zaczyna
się od mówienia im tzw. „gorzkich prawd”, których dla ich dobra jedynie nie szczędzi im
zagorzały pijak, pozorny obrońca prawdy i wróg wszelkiego zakłamania się, on, zakła-
many po uszy przez swój nałóg, nieszczęsny ochłap człowieka, nie mający prawa spoj-                                           
rzeć w oczy trzeźwemu indywiduum. Najświętsze uczucia przetwarzają mu się w sym-
bole upadku, nie oszczędza najbliższych, a nawet oni stają mu się głównymi przyczy-
nami jego nieszczęścia i rozkładu. A więc przede wszystkim cierpią Bogu ducha winne
często (nie zawsze) kobiety. Traktuje je pod psem, do bicia (i ubicia) włącznie, przeko-
nany o swojej bezwzględnej wyższości. A potem idzie społeczeństwo, które zabiło „wiel-
kiego indywidualistę”. I tego rodzaju objawy zdarzają się nie tylko u nędzarzy, ale na
szczytach społeczeństwa, w czasie nawet obiektywnego powodzenia. Bo zrodzona z al-
koholu megalomania i egoizm nie znają granic swego nasycenia. Wójt małej wsi nie na-
syci swej żądzy panowania, póki nie stanie się co, najmniej królem syjamskim, mały
gryzipiórek musi być Wielkim i sławnym na cały świat pisarzem, byle oficerek — wiel-
kim wodzem, na którego tupnięcie buta muszą ginąć miliony ludzi, mała świnka bizne-
sowa — wielkim transaktorem wszechmamony, który dopiero wtedy obsypałby ludz-
kość dobrodziejstwami. Świat jest za mały dla takiego pana. On chciałby wszystko po-
żreć, wszystko wyrzygać i jeszcze raz pożreć, a zamiast zębów w paszczy ma tylko plu-
gawy ozór i jadowitą ślinę, którą z zawiści opluwa wszystko to, co jeszcze niedawno
mogło być dla niego świętością, a dziś jest tylko przedmiotem niezdrowej żądzy zblazo-
wanego impotenta. Najmniejsze objawy podobnego rodzaju, które można obserwować
od najgorszych, narożnych szynków (koniecznie narożnych — szynczki lubią rogi) aż
do pałaców i miejsc posiedzeń największych mogołów i główniarzy rządzących danym
krajem, powinny być ostatnim sygnałem dla alkoholika, aby bezwzględnie pić przestał
i przez męczarnię kilkomiesięcznej abstynencji wyrwał się z macek ssącego go polipa.
Ale on zna jeden tylko ratunek: zachlanie się aż do zupełnego skretynienia, o ile przed-
tem nie dobierze się do niego prokuratura. A potem jest już koniec. Wyleczony, może
nawet taki łachman nieszkodliwie żyć — niczego ani dobrego, ani złego nie dokona
— jest już zupełnym flakiem, chyba że jest artystą (brrrr!). Wtedy może jeszcze na gru-
zach swej jaźni dokonać ostatniego interesującego szpryngla w nicość. Ale są artyści,
którzy się niszczą twórczo, i są tacy, którzy zapijają tylko własną nicość, prócz dziwnego
gatunku takich, którzy się sami jako ludzie w związku ze swoją twórczością tworzą.
   Co do wydajności pracy w stanie alkoholizacji, to stanowczo na razie będzie ona
większa. Ale alkohol daleko bardziej zużywa ośrodki nerwowe niż nikotyna i reakcja
następująca po takim zużyciu będzie tak wielka, że na dalszy dystans nie opłaca się bez-
względnie. Jest mnóstwo innych środków, które mogą w nagłej potrzebie wykonania
w danym, krótkim czasie gwałtownej i wymagającej ciężkiego umysłowego czy nawet
fizycznego wysiłku pracy zastąpić zupełnie zabójczy, przeźroczysty płyn, nie wywołując
następnie oklapnięcia zmęczonych centrów, a nade wszystko nie wytwarzając przyzwy-
czajenia: kola (szczególniej przy kombinacji wysiłku fizycznego z umysłowym), strych-
nina, a nade wszystko glicerofosfat czy fosfit. Wszystkie te środki wypróbował autor
osobiście ze znakomitym skutkiem. Są one nieszkodliwie dopingujące, a preparaty fos-                                           
forowe odżywiają po prostu odfosforzone pracą gangliony, nie wywołując żadnego pod-
niecenia. Oczywiście używanie ich stałe musiałoby też doprowadzić do skutków ujem-
nych — niemożności wysiłku bez podniety zewnętrznej, Mowa jest tu o wypadkach na-
głych, z których wybrnąć trzeba z minimalną szkodą dla organizmu. Poleca się też wy-
mienione specyfiki dla ludzi odzwyczajających się od palenia i picia. Praca „pod alko-
holem” jest gospodarką rabunkową na krótki czas — a występująca potem niezdolność
wysiłku bez podniety zewnętrznej mści się w sposób potworny i wplątuje nieszczę-
snego pracownika, chcącego oszukać najistotniejsze prawo funkcjonowania jego ma-
szyny, w to błędne koło, z którego nie ma już innego wyjścia, jak zachlanie się na śmierć
lub, co gorzej, do obłędu. Stany obłędowe, tak podobno przykre w rozwiniętej formie,
można obserwować w elegancko wykonanym, miniaturowym wydaniu w stanie lekkiej
choćby „glątewki” po małej, rozkosznej „popojce”. Drżenie całego ciała, które nie wia-
domo, czy kończy się na ciele — są to raczej drgawki duszy, nie mogącej pozbierać do
kupy zdyzlokowanych części, niemożność mówienia — jakieś miamlanie bez związku,
którego człowiek wstydzi się, łypiąc dookoła bolesnym wzrokiem, jakby szukał ratunku
w nieczułym dookolnym świecie. Nieokreślony lęk przed jakimiś potwornymi klęska-
mi, które zdają się czaić zza każdego węgła (koniecznie węgła — coś jest demonicznego
w węgle domu — nieprawda?) i który wywołuje to specyficzne oglądanie się na boki
i za siebie i błędny wyraz bezradnego zakłopotania. Niepokój wywołujący nieskoor-
dynowane ruchy — to charakterystyczne rzucanie się gdzieś przed siepie i oklapywa-
nie natychmiastowe w tym poczuciu, że nie ma ratunku znikąd, chyba w nowej dawce
alkoholu lub w środkach uspakajających, które przecie dłużej używane (nawet najnie-
winniejsze: waleriana, bromural itp.) wywołują stałe ogłupienie, a w razie przestania ich
zażywania — niepokój i bezsenność, na które już może nie być ratunku, chyba leczenie
zakładowe, na które nie każdy pozwolić sobie może. Na podstawie wyżej opisanych ob-
jawów widać już ten stan, w którym znalazłby się alkoholik, gdyby pić przestał — widać
oczywiście w niesłychanym pomniejszeniu. Zgroza przejmuje, gdy się widzi alkoho-
lika zalewającego systematycznie ten potęgujący się z każdą chwilą stan rzeczy, żyją-
cego ciągle jakby nad otchłanią najstraszliwszych stanów ducha, pokrytych cienką war-
stewką nikłego oparu alkoholowych złudzeń. Ale specyficzna lekkomyślność, którą wy-
wołuje dłuższe używanie alkoholu, nie pozwala mu widzieć tej sieci lepkiej, koło której
krąży beztrosko, jak tęczowa muszka w ciepłych promieniach sierpniowego (koniecz-
nie sierpniowego — inaczej ani rusz) słońca i w którą musi czy prędzej, czy później wle-
cieć, by do końca życia czasem miotać się bezsilnie w jej pozornie lekkich, a w istocie
mocniejszych od stalowych lin zwojach. Najstraszniejsze jest w nikotynie i alkoholu to
nieznaczne, podstępne okrążanie ofiary, która złudzona dłuższy czas trwającym okre-
sem pozornej swobody cieszy się nowymi wrażeniami i pozorami siły, nie zwracając
uwagi na charakterystyczne ostrzegawcze objawy „glątwowe”, nie czując, że koło zacie-                                           
śnia się i że bezmierne horyzonty, które pozornie otwiera trucizna, zwężają się w czar-
ną, cuchnącą norę, w której czatuje obłęd i rozkład. A potem nagle przychodzi świado-
mość grozy położenia, kiedy przeważnie jest już za późno. I mamy te tysiące czy mi-
liony ludzi, którzy tylko „dożywają” życia do końca, nie wierząc w istocie w jego sens
i sens własnej pracy i złudnych zamiarów poprawy. Społeczeństwo, w którym panuje ta
psychoza tymczasowości, udzielająca się ludziom nawet nie zatrutym żadnymi jadami,
nie ma przed sobą przyszłości. Wychowane w atmosferze takiej nawet zdrowe osobniki
przejmują się nią i stają się niezdolne do życia.

    Trudno jest przestać pić zupełnie ludziom używającym alkoholu stale, w małych
dawkach, ale jeszcze trudniej tym tzw. „Quartalsalifer”, pijakom okresowym, na których
co pewien czas nachodzi konieczna potrzeba zachlania się na śmierć — tak zwanego po
rosyjsku „zapoja”. Jestem za przestawaniem gwałtownym, bezapelacyjnym, wszelkie te
stopniowe odzwyczajania się są tylko okłamywaniem siebie przez nieszczęśników nie
mających siły na bezwzględne postawienie kwestii. Łatwiej jest wykonać postanowienie
takie alkoholikowi chronicznemu. Periodyczny powinien na czas ataku skumulować na
początku walki wszystkie środki odżywcze (fosfity) i nawet lekko uspakajające (wale-
riana, bromural itp.) — cel opłaci te małe nadużycia. Ale nade wszystko, o ile pali, po-
winien jednocześnie absolutnie przestać palić. Objawy abstynencji przy wyrzeczeniu się
nikotyny znakomicie pomagają przeciw jej nierównie potężniejszemu koledze, stwarza-
jąc przy tym dodatkowy motorek dla wytwarzania woli. W ogóle wszelkie programowe
przemiany wewnętrzne i zewnętrzne u ludzi palących i pijących powinny zaczynać się
od wyrzeczenia się tych dwóch najszkodliwszych, bo najpowszedniejszych i najbardziej
nieznacznie opanowujących narkotyków. Na zupełne poddanie się kokainie czy morfi-
nie może sobie pozwolić tylko najwyższa arystokracja wśród degeneratów. Są to ponie-
kąd ludzie i tak, i tak zgubieni. Oczywiście walka z tymi specyfikami musi być tak samo
bezwzględna jak z tytoniem i alkoholem, ponieważ mogłyby one przy dalszej degene-
racji ludzkości zdemokratyzować się i stać się przedmiotem takiego codziennego użyt-
ku, jak „papierosik” i „wódeczka”, te dwa pozorne niewiniątka, kryjące pod maskami
przyjemnych dziewczynek zgniłe mordy najbardziej zakazanych prostytutek. Ale tro-
chę śmieszny jest dla mnie ten wszechświatowy hałas, jaki się wytwarza dookoła ary-
stokratycznych „białych obłędów” wobec mnożących się bez końca (szczególniej u nas,
zdaje się) sklepów o zachęcających wystawach, w których zupełnie bezkarnie sprzedaje
się dwie najpotworniejsze trucizny, doprowadzające do ruiny nie tylko garstkę giną-
cych niedorodków, ale ogół społeczeństwa i jego najcenniejsze jądro, z którego ma wy-
kwitnąć Nowe Życie. Walka, którą tu rozpoczynam, opierając się na własnych, smutnych
doświadczeniach, z nadzieją osobistej poprawy i poprawy tych, którzy mnie wysłucha-
ją, może być tylko wtedy skuteczna, o ile weźmie się do niej jakaś potężna organizacja
i jeśli poprze ją państwo zamiast opierać większą część swych dochodów na powolnym                                            
truciu swych obywateli. Może pod wpływem słów tych paru cennych skądinąd pala-
czy i pijaków przestanie palić i pić do końca życia, ale wychowanie następnych, zdro-
wych pokoleń będzie możliwe jedynie przy przeprowadzeniu bezwzględnej prohibicji
tytoniowo — alkoholowej. I have spoken. Jeszcze jedno: pijak przestający pić nie powi-
nien stanowczo pozwolić sobie nawet na tzw. „kieliszeczek winka” ani na „małe piwko”
lub „porterek”. Koniec — szlus. Sam piekielnie lubię piwo tylko dla jego smaku, ale za-
znaczam, że raz szklanka porteru była przyczyną upadku autora po czternastomiesięcz-
nej zupełnej abstynencji. Tylko prawdziwy tytan woli może sobie pozwolić na smakowe
przyjemnostki na tle napojów wyskokowych. Jest to pochyłość, po której można zje-
chać łatwo na samo „dno nędzy”, mając już w tym kierunku pewne predyspozycje, dla-
tego że każdy łyk nie tylko rozsmakowuje do dalszych (nawet przy wstręcie do samego
smaku wódy, jak to jest np. u autora), ale świadomość niestety staje się coraz mniejsza:
następuje odhamowanie, specyficzny nastrój „ostatniego razu”, tak przyjemny dla schi-
zoidów, którzy lubią żyć w zawieszeniu między zamiarem a wykonaniem, między wstrę-
tem a pożądaniem, na samej granicy spełnienia się najistotniejszych pragnień. Co in-
nego te „pyknisie” — ale i tym to dobrze nie zrobi. A propos: pewien krytyk mojej po-
wieści narzekał na zbyt wielką ilość terminów psychiatrycznych, których używam.
Otóż myślałem, że zdołam go (i innych też) zainteresować rzeczami, których nie znają,
a poznać by powinni. Jest dla mnie skandalem, że dotąd wspaniałe, epokowe dzieło
Kretschmera Korperbau und Charakter nie zostało, jak i wiele innych cennych książek,
przetłumaczone na polski język. Rosjanie mają natychmiast wszystko, co jest wartościo-
wym na świecie, w swoim własnym języku. Jest to coś, co doprowadzić może do ostat-
niej cholery, jeśli ktoś powinien coś wiedzieć, a jest ostatnim nieukiem, jak większość
naszej inte — i pseudointeligencji.

    Otóż mały wykład teorii Kretschmera na zakończenie. (Uwaga: niektórzy zarzucają
jej, że nie obejmuje, wszystkich typów, że jest niedokładna itp. i odrzucają ją zupełnie.
Jest to pierwszy krok na drodze do klasyfikacji i gdyby zawsze wszyscy byli tak wyma-
gający, toby ludzkość nie zrobiła ani kroku naprzód. Ale nasi inteligenci są bardzo wy-
magający, tylko nie od siebie. Uczcie się, a potem gadajcie, ile chcecie. Za mądre artyku-
ły, za mądre sztuki, za mądre powieści. Wszystko dla nich za mądre, bo nie chcą się ni-
czego nauczyć, psie — krwie. Weźcie pod uwagę ilość popularyzujących dzieł w Niem-
czech. Tam byle robociarz wie więcej od naszego niejednego filaru krytyki. A tym cią-
głym obniżaniem poziomu do gustów przeciętnej publiczności danego okresu wycho-
wujecie pokolenia kretynów, dla których i Dzikuska będzie za mądra. Co się dzieje z na-
szą literaturą i teatrem — to skandal. Ja nie przedstawiam siebie bynajmniej za osta-
teczny ideał mędrca, ale mogę powiedzieć, że zrobiłem nieomal wszystko, aby się na
możliwie najwyższym poziomie umysłowym utrzymać. A tego nie mogą powiedzieć
niektóre tzw. „filary”. Możliwe, że moja filozofia okaże się w pewnych punktach błędna.                                           
Rzeczowa krytyka to wyjaśni. Ale nawet w błędnych rozwiązaniach zagadnień ludzi pi-
szących choćby tylko z pewnym zrozumieniem istoty zasadniczych problemów filozo-
fii mogą znaleźć się możliwości prawdziwych odkryć dla innych, którzy potrafią znaleźć
wyjście z zaznaczonych przez tamtych trudności.).

    Otóż tezy Kretschmera są następujące: ludzkość dzieli się zasadniczo na dwa typy,
których psychika jest ściśle związana z budową ciała. Każdy typ ma swoje dwa nieomal
przeciwne bieguny. To na razie dla ogólnikowej klasyfikacji zupełnie wystarczy. (Druga
teza Kretschmera jest następująca: szpital wariatów uważa on za szkło powiększają-
ce, przez które patrzeć można na społeczeństwo normalnych ludzi, widząc tam wszyst-
kie typy ludzkie rozwinięte w ich ostatecznych możliwościach, aż do zupełnej karyka-
tury.) A więc są: astenicy, — długa, łodygowata szyja, profil trójkątny, pierś zapadnię-
ta, duże kończyny, grube kości i wiązania, budowa szczupła. Typ psychiczny — schizo-
id; w ostatecznym rozwoju — schizofrenia: rozszczepienie jaźni — oddzielenie się od
życia; rozdwojenie; przeciwne pragnienia. Fanatyzm, formalizm. Typy biegunowe: prze-
czulenie i obojętność. Artyści, twórcy religii, ludzie nie zadowoleni, nienasyceni, meta-
fizycy, wielka różnorodność. Krótkie spięcia. Nagłe zmiany nastrojów. Bezwzględność.
Zamknięcie w sobie. Brak silnych uczuć.

    Pyknicy: krótkie szyje, głowa nisko osadzona w kierunku piersi, grubi, tędzy, cienkie
przeguby, małe kończyny, profile dobrze wyrobione. Typ psychiczny — cykloid; w osta-
tecznym rozwoju — cyklotemia: psychoza cyrkularna od manii do melancholii i na po-
wrót. Biznesmani, organizatorzy, ludzie dążący do kompromisów, pogodzenia sprzecz-
ności. Pogoda ducha. Stosunek do życia otwarty. „Dusza na razpaszku” itp. Bieguny:
maniak podniecony i melancholik. Usposobienie długofaliste — zmienność łagodna
o długich okresach. Wielkie radości i wielkie smutki. Uczuciowość. Do tego dochodzą
jeszcze typy: atletyczny i dysplastyczny i kombinacje ich z poprzednimi.
    Może niezupełnie dokładnie streszczam. Raz czytałem tę książkę, ale będę czytał jesz-
cze. Książka ta daje zupełnie nowe ustosunkowanie się do siebie i do drugich. Powinna
być czytana absolutnie przez wszystkich. Może tylko jedynie muzycy, jako tacy, mogą
z niej nic nie skorzystać, ale w życiu i im się przydać może.