Link do wszystkich dokumentów

 Twarze Ojców Pustyni
Małgorzata Borkowska OSB


Wstęp

Oglądani z daleka, poznawani przez syntetyczne re­lacje historyków Kościoła, pierwsi egipscy mnisi zlewa­ją się w jedną szaroburą masę: wszystko to zakapturzone, wszystko ucieka od ludzi, pości, umartwia się i podobno z jakiejś niejasnej racji ma blisko do Pana Boga. Cóż, równie bezkształtnie wygląda każda grupa ludzka, albo i każdy gatunek stworzeń, widziany z zewnątrz. Oprócz informacji rzetelnych składają się na taki obraz także bajki, nieporozumienia i rzadko kwestionowane tzw. poglądy obiegowe. Mamy takie poglądy i przeko­nania o różnych narodach, mamy i o grupach zawodowych. Ojcowie Pustyni dzielą po prostu wspólny los wszystkich „obcych". I jak człowiek, który na przykład doskonale wie od dziecka, „jacy są Niemcy", a kiedy się wreszcie pojedzie do Niemiec, zaczyna odkrywać, że są    — jak wszyscy ludzie — bardzo różni, tak i ten dopiero, kto zawiera bliższą znajomość z Ojcami, zaczyna odkrywać różnice: usposobień, charakterów, stylu pobożności.

  Kiedy się nad tym choćby przez chwilę zastanowić, to rzecz jest oczywista, tylko że jest to jedna z tych oczywistości, nad którymi człowiek rzadko się zastana­wia. A przecież jeśli nawet we własnej rodzinie możemy zobaczyć tyle indywidualności, tak bardzo od siebie różnych („i skąd się nam taki wziął, do nikogo w domu niepodobny?"), to dlaczego analogiczne różnice nie mogą istnieć i w innej grupie, choćby żyła ona na pu­styni, i to z własnego wyboru? Każdy z nas spotkałby wśród Ojców takich, z którymi znalazłby wspólny ję­zyk, ale i takich, z którymi zupełnie by się nie potrafił dogadać. A także takich, do których po tzw. „wymianie poglądów, odbywającej się w przyjacielskiej atmosferze", odnosiłby się z szacunkiem, ale na dystans. Cykl sylwe­tek, który mieści się w tym tomiku, może nam pomóc wybrać na egipskiej pustyni swoich przyjaciół.

  Oni sami zapewne dziwiliby się takiemu ujęciu; ci przynajmniej, którzy nie tylko w odbiorze „straszą" dzisiejszych czytelników, ale nawet i w życiu potrafili zachowywać się w sposób odstraszający. A przecież każdy z nich nosił w sobie jakąś wewnętrzną prawdę, której był wierny i z której wynikał jego sposób życia: jeżeli coś w tym życiu negowali, to tylko po to, żeby coś in­nego tym mocniej potwierdzić. Może uda nam się przynajmniej zrozumieć: Arseniusza, Teodora z Ferme, Besariona? Bo z Agatonem albo Pojmenem zaprzyjaźnić się można bez trudu.

[Połączenie niewątpliwie interesującego tematu z niewątpliwym talentem literackim siostry Małgorzaty zaowocowało bardzo interesującą książką. By nie być gołosłownym, jeden z rozdziałów, poświęcony abbie Besarionowi]:


9 JEDNOKIERUNKOWY RADYKALIZM BESARIONA


  Z Besarionem (czy też, wedle późnogreckiej wy­mowy, Wisarionem) wchodzimy w świat eremityzmu uproszczonego, przykrojonego do pojemności cia­snych umysłów. Ten uczeń samego Antoniego przejął od swojego mistrza radykalizm, który kazał Antoniemu opuścić dom i posiadłości dla Królestwa Niebieskiego; ale zawęził go do jednokierunkowej ścieżki, posuwając się zarazem tą ścieżką do najdalszych granic możliwo­ści. Antoni, opuściwszy dom, zamieszkał w jaskini, Besarion zaś — odkąd został samodzielnym mnichem — postanowił obywać się bez jakiegokolwiek mieszkania. Antoni, opuściwszy majątek, pracował na swoje utrzy­manie, robiąc liny; Besarion, o ile można wnioskować z dość skrótowych zapisów, żadnego rzemiosła nie upra­wiał. Żył trochę ze zbieractwa, a trochę z jałmużny; do rzemiosła musiałby mieć jakąś stałą siedzibę, jakiś dom, a on właśnie bezdomność obrał sobie jako regułę życia, przed którą wszystkie inne względy musiały ustąpić. Mnóstwo było na pustyni egipskiej ludzi zdolnych zaj­mować się jedną tylko rzeczą naraz, widzieć jeden tylko aspekt sprawy: który — to już zależało od nich. Prowa­dziło to czasem do spektakularnej ascezy, czasem zaś do równie spektakularnej tragedii. To przeciw takiemu ciasnemu pojmowaniu życia wewnętrznego występował między innymi Jan Karzeł, pouczając o konieczności równoczesnego uprawiania wszystkich cnót. A ponie­waż nie ma reguły bez wyjątków, Besarion zdołał (chcia­łoby się powiedzieć: jakimś cudem) uświęcić się na takiej właśnie drodze. Może też tym chętniej głoszono potem jego świętość, że mogła służyć jako jej usprawied­liwienie?

  Bezdomny nie ma przede wszystkim gdzie spać, to­też Besarion uprawiał bezsenność; raz przez przeszło miesiąc stał pośród cierni po to tylko, żeby nie zasnąć. Kiedy już musiał zasnąć, spał na stojąco lub w najlep­szym wypadku na siedząco. Nie kładł się nigdy. O jego postach nie słyszymy; chociaż więc z samego trybu jego życia wynika, że musiały być wyjątkowo surowe, można sądzić, że ten akurat aspekt eremityzmu mniej był dla niego ważny. Najważniejsza była bezdomność; zapewne z całej Ewangelii upodobał sobie najbardziej słowa: Kto opuści dom... dla imienia mego...

  I jeszcze jeden cytat: Sprzedaj, co masz, i daj ubogim. Besarion potrafił rozdać nawet to, co miał akurat na sobie. Raz nie zostało mu już nic oprócz zwoju Ewan­gelii, który nosił stale pod pachą, bo nawet torby nie posiadał. Tak go znalazł jakiś przejeżdżający drogą ofi­cer i oczywiście był pewien, że to robota zbójców: - A któż cię obdarł, abba? —  To — odpowiedział krótko starzec, pokazując mu Ewangelię. Dostał natychmiast płaszcz, a przy następ­nej okazji sprzedał... ów zwój. Uzyskaną zapłatę oczy­wiście rozdał. — Dla posłuszeństwa — wyjaśnił braciom — sprzedałem słowo, które mi zawsze mówiło: Sprzedaj, co masz, i daj ubogim".

  Zaraz, zaraz: bezdomny, głodny, półnagi, niewyspa­ny, to wszystko dla Boga, i to już cała świętość? Nie. Było jeszcze kilka zasad, które widocznie musiały wcho­dzić w skład jego prywatnej reguły, gdyż trzymał się ich przez całe życie z równym przejęciem co swojej bezdomności. Jedną z nich było przykazanie: Nie sądźcie. Warto było Bogu stworzyć Besariona po to tylko, żeby pozostał po nim apoftegmat: Pewien brat zgrzeszył i ka­płan wypędził go z kościoła. Wtedy abba Besarion wstał i wyszedł z nim razem, mówiąc: Ja także jestem grzeszny. Możli­we, że tej cnoty nauczył się od swojego drugiego po Antonim mistrza, Makarego Wielkiego, który z niej sły­nął; jeżeli tak, to musimy przyznać, że umiał się przejąć dobrym przykładem.

  Był autentycznie życzliwy i autentycznie pokorny. Przypisywane mu cuda są cudami płynącymi z życzli­wości, dokonywanymi dla czyjejś potrzeby; czasem wręcz go zmuszano do tych cudów, bo ich czynić nie chciał — ale jeśli nie było innej rady? Czasem także po prostu kradziono mu je, jak w ślicznej opowieści o jakimś opę­tanym, który przyszedł do Sketis. Po nieudanych egzorcyzmach kapłani miejscowi doszli do wniosku, że tu już nikt nie pomoże, tylko abba Besarion... ale gdyby go o to poprosić, nie zgodziłby się nawet przyjść, cóż do­piero próbować. A kościółek w Sketis służył także jako dom noclegowy; więc ułożyli tam opętanego do snu, i gdy Besarion przyszedł rano i wszyscy ustawiali się do wspólnej modlitwy, powiedzieli mu: Abba, zbudź tego brata! Besarion, niczego nie podejrzewając, zwrócił się do śpiącego: Wstań i wyjdź stąd! — co diabeł (jak najsłuszniej) wziął do siebie...

  Być może nie był człowiekiem wielkiego umysłu, ale myśl jego wypełniona była Bogiem. Nie pustką, nie rozmyślaniami o własnej ascezie, ale modlitwą. Wyzna­wał i przestrzegał zasady: Milcz i nie mierz sam siebie. Po prostu sam dla siebie nie był interesujący. Jeszcze je­den wyjątkowo piękny apoftegmat, który po nim pozostał, brzmi: Abba Besarion, umierając, powiedział, że mnich powinien być jak cherubiny i serafiny: cały okiem. Całym sobą zwrócony do Boga, całą duszą Jego pra­gnący oglądać — a wtedy już przestaje być ważne: mały umysł czy duży.


Za: Małgorzata Borkowska OSB, Twarze Ojców Pustyni, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2001