Link do wszystkich dokumentów


Trzy symboliczne sposoby życia


Rozpocznijmy od przykładu i by być w zgodzie z modą, niech to będzie niepokój (choć równie dobrze mógłby to być inny przykład). Pytanie na które spróbuję odpowiedzieć jest następujące: „W jaki fundamentalny sposób mogę był połączony z niepokojem?"

Cóż, jeden sposób jest tym co właśnie robię w tym momencie: piszę o niepokoju. Mógłbym o nim mówić czy myśleć. We wszystkich tych przypadkach używałbym słów. Kiedykolwiek operuję w ten sposób, jestem w rejonie który może być nazwany „płaszczyzną werbalną”. Jakie są jej charakterystyki? Oczywiście muszę aranżować słowa, układać je w pewien sposób; moje sentencje muszą podlegać pewnym zasadom i regułom, inaczej mówiłbym bez sensu.

Słowa są znakami które wskazują na coś innego. Jeżeli powiem „bla-bla-bla” to po prostu wydaję dźwięki bez żadnego znaczenia. Jeżeli powiem „stół symultanicznie predestynowany” choć każde z tych słów wzięte z osobna ma znaczenie, całe zdanie go nie ma. Gramatyka i jej zasady nie były przestrzegane i znów moje zdanie jest niezrozumiałe. Poza tym werbalne ekspresje muszą być dopasowane do jednego z rozlicznych logicznych systemów. „Stół jest stołem” nie jest zbyt ekscytującym, ale za to poprawnym stwierdzeniem zgodnie z arystotelesowską logiką. Ale nie to: „Stół jest i nie jest stołem” choć jest ono poprawne z punktu widzenia Hegla i być może Nagardżuny. To co chcę podkreślić to, że przestrzeganie tych zasad i reguł (które są elastyczne w czasie i / lub przestrzeni ale w obrębie ograniczeń) nadaje stabilność i pewność temu co jest wyrażane w słowach. Przez język, świat jawi się solidnym, trwałym, uporządkowanym, racjonalnym; rzeczy mogą czasowo być nieobecne dla naszej świadomości, ale uważamy je za ciągle istniejące, choć nieobecne i rozpoznajemy je gdy znów się pojawiają. Wszystko to pozwala nam klasyfikować, szeregować, ustanawiać korelacje, prawa. Trywialny przykład wzięty z abstrakcyjnego myślenia: 2+2=4 jest wieczną prawdą którą można używać dla aktualnych obliczeń lub nie, jednakże nie znika ona i nie przestaje być prawdą nawet gdy nikt się do niej nie odnosi.

Żyć na poziomie logicznym zatem, to żyć w uporządkowanym, racjonalnym, stałym, trwałym, rozpoznawalnym świecie, gdzie „ja jestem ja” i „ty jesteś ty”; gdzie możemy siebie wzajemnie zrozumieć, tak że gdy poproszę kelnera o stek, jest małe ryzyko, że przyniesie mi pudełko zapałek. Werbalny poziom jest bardzo uspokajający; daje wrażenie bycia na solidnym gruncie, wrażenie bycia zdrowym, tak bardzo, że widzenie świata w radykalnie odmienny sposób byłoby interpretowane jako oznaka mentalnych zaburzeń.

Innym fundamentalnym sposobem bycia w relacji z niepokojem – by trzymać się naszego przykładu – to doświadczać go. Mierząc się z tym uczuciem, mogę starać się je represjonować przez zaangażowanie się w jakieś działanie, mogę wziąć środek uspakajający lub mogę po prostu żyć z moim niepokojem. Bardziej generalnie, ten drugi fundamentalny sposób mojej relacji, składa się z działań których celem jest wyeliminowanie uczucia lub jego modyfikacja lub stworzenie nowego. Tak działając, jestem w bezpośrednim kontakcie z rzeczami, używam je (zamiast mówić o nich, jak to robię na płaszczyźnie werbalnej). I tak, z jednej strony mamy słowa i z drugiej działanie. Przez słowa rozumiemy intelektualnie, przez działanie próbujemy osiągnąć nasze cele. W pierwszym przypadku, głównie zaangażowany jest umysł; w drugim, ciało – z jego pięcioma zmysłami. Ale te rozróżnienia nie oddają rzeczywistości w pełni, są zbyt ostre, zbyt równo wycięte. Faktycznych relacji wzajemnych połączeń pomiędzy poziomem werbalnym i tym co może być nazwane „poziomem działania” jest wiele.

Te dwa sektory różnią się, ale nie są odseparowane. By kontynuować nasz przykład, podczas gdy słowa mogą zainicjować niepokój, niepokój może być uśmierzony przez słowa, przez mówienie o nim. Bardziej ogólnie, jeżeli jest prawdą, że poziom werbalny angażuje głównie umysł, jest też prawdą, że mówienie, pisanie czy nawet myślenie nie byłoby możliwe bez partycypacji ciała. Odwrotnie, świadome działanie obejmuje pewne mentalne implikacje, bezpośrednio lub pośrednio odnoszące się do werbalnej aktywności, nawet ruchy artysty (który jest tak obeznany ze swymi narzędziami, że używa ich automatycznie) bazują na rozpoznaniu rzeczy: kiedy potrzebuje on młotka, po prostu bierze młotek a nie coś innego. To znaczy, ze świat jest kategoryzowany, sklasyfikowany przez niego. A czym to jest jeżeli nie językiem na głębokim poziomie, czy jeżeli wolisz, konieczną podstawą z której wyłania się język?

To powiedziawszy, fakt ciągle pozostaje taki, że słowa i działanie są odmienne i w pewien sposób, nawet alternatywami, smak herbaty nie jest jej dobrym opisem, obiad nie jest kartą dań, słowo „zmęczenie” nie jest samym zmęczeniem.

Werbalny poziom może być geometrycznie symbolizowany przez linię prostą. Werbalne wyrażenie jest linearne, analityczne, słowa idą jedno za drugim w sukcesji, znaczenie nie ma formy czy wymiaru. Tak jak linia prosta, rozumowanie jest niewymiarowe i potencjalnie nieskończone; nigdy nie osiąga definitywnych konkluzji, czy swych początków; myśli rodzą inne myśli.

Działanie, przeciwnie, promieniuje w wieku kierunkach naraz, jest wielowymiarowe; wywołuje formę. Nawet planowanie które przygotowuje i towarzyszy działaniu jest syntetyczne: szachista patrzy na szachownicę zanim zrobi ruch, uzyskuje panoramiczny pogląd na sytuację jako całość. Zatem działanie, może być symbolizowane jako przestrzeń: w terminologii geometrycznej przez płaszczyznę.

W jednym momencie żyjemy i jesteśmy zaangażowani głównie na planie werbalnym, w następnym na poziomie działania – te dwa pokrywają cały obszar ludzkiej aktywności. Czasami potrafimy odróżnić doświadczenie od jego werbalnej ekspresji, czasami mylimy jedno z drugim, jak gdy wierzymy, że jesteśmy współczujący ale faktycznie po prostu zakochani w pięknych współczujących słowach.

W każdym wypadku jednak, te dwa poziomy mają wspólną charakterystykę bycia zorientowanymi na cel. Stale próbujemy osiągać nasze cele, jakkolwiek dużymi lub małymi mogą one być. Nawet proste działanie udania się do biura jest oczywiście zorientowane – ma cel - a zatem wymaga pewnego planowania. Bycie ukierunkowanym na cel może oznaczać dwie rzeczy, w zależności czy akcent jest położony na pierwsze czy drugie słowo, można być ukierunkowanym aby osiągnąć cel lub można mieć cel aby być ukierunkowanym. Pierwsza postawa wydaje się być racjonalną: chcę czegoś, zatem buduję drogę by to osiągnąć. Jednakże człowiek inklinuje się również ku drugiej ścieżce, jawiącej się irracjonalną. Cele są bardzo często wymówką dla usprawiedliwienia działania by je osiągnąć. Czy nie jest prawdą, że często ciężko pracujemy – czasami bardzo ciężko – by zlekceważyć rezultaty naszego wysiłku? Dlaczego tak jest? Dlaczego jak tylko jeden cel jest osiągnięty, natychmiast wyznaczamy sobie nowy, nie ciesząc się osiągnięciem pierwszego? Kiedy jedząc kawałek ciasta, dlaczego zamiast go smakować, myślimy już jak dostać następną porcję? Lub gdy już więcej nie ma, dlaczego rozczarowanie wzbrania nam cieszyć się jedzeniem? I to zdarza się w każdej dziedzinie: człowiek przez lata stara się zostać ambasadorem, tylko po to by po zostaniu nim czuć się sfrustrowany ponieważ zbliża się czas emerytury.

Są też bardziej subtelne sposoby przez które się to manifestuje. Weźmy przykład miłośnika fotografii. Na samym początku jego zainteresowanie bez wątpienia było powodowane pragnieniem by w domu, przy kominku, ku swemu zadowoleniu i źle skrywanej nudzie gości odnowić piękne widoki które podziwiał, powiedzmy podczas podróży. Ale z czasem staje się on coraz bardziej zainteresowany panoramami i pomnikami nie dla nich samych, ale jako okazjami do zrobienia nowych zdjęć. Zainteresowanie przechodzi na aparat fotograficzny, nasz przyjaciel zaczyna mówić o soczewkach i innych komponentach. Wkrótce na widoku pojawia się przemysł fotograficzny, różne typy produktów, szczegóły techniczne. W tym punkcie zdjęcia zostały prawie zapomniane: przepis zastąpił posiłek. I tak, w ten czy inny sposób, człowiek nie trwa wystarczająco długo w swych doświadczeniach by uzyskał ich pełny „smak”, przechodzi on przez wszystko pośpiesznie i niespokojnie …by uzyskać więcej rzeczy które będą użyte bardziej pośpiesznie z większym niepokojem … Także odnajduje się on pusty od „pełni” spełnienia, którego poszukiwał.

Jak to jest, że pozostanie szczęśliwym z jednym pożądanym obiektem jest takie trudne? Zwykła odpowiedź, że jest to spowodowane naszą niespokojnością, jest niczym więcej jak tylko nadaniem nazwy zjawisku bez jego wyjaśnienia a zatem niesatysfakcjonującą. Musimy odkryć fundamentalną przyczynę tego stanu rzeczy, niezależnie jak bardzo socjalne czy inne warunki przyczyniałyby się do utrwalania tej struktury.

Cóż, sedno sprawy polega na dychotomii pomiędzy światem takim jaki jest normalnie wyobrażany i światem jaki jest doświadczany.

Jak powiedziano powyżej, wyobrażamy sobie świat jako solidny, stały, trwający. Gdyby nie język, nie moglibyśmy widzieć świata w ten sposób. Ale trzeba dodać, że gdyby nie nasze upodobania, niechęci, zainteresowania i pragnienia, nie zaakceptowalibyśmy tej koncepcji świata tak bezkrytycznie. Namiętności powodują przekonania, tak bardzo, że już od początku nasze percepcje są często zabarwione przez nasze uczucia i emocje. Jeżeli boję się duchów, będę je widział, jeżeli jestem spragniony na pustyni, wkrótce zobaczę miraże. Każdy się zgodzi, że wyobrażane rzeczy w takich ekstremalnych wypadkach są postrzegane. Ale faktycznie my widzimy wyimaginowane rzeczy cały czas. To co widzimy w rzeczach jest trwałą przyjemnością czy nieprzyjemnością czy obojętnością. Skoro obojętność jest nudna, częściej widzimy rzeczy które wydają się być warte pożądania (z uwagi na przyjemność którą ludzie mają nadzieję uzyskać z ich posiadania) czy rzeczy które są warte odrzucenia (z uwagi na nieprzyjemność którą obawiamy się, że będziemy odczuwać, posiadając je).

Zasięg w jaki wyobraźnia wpływa na nasze percepcje może być odnaleziony w całym naszym doświadczeniu, które regularnie zawodzi nasze oczekiwania. Rzeczy i – co bardziej ważne – uczucia nie stoją w miejscu, one się przynajmniej „chwieją”. To co jawi się być trwałym a zatem godnym posiadania czy odrzucania, odkrywa się jako będące o odmiennej, nawet opozycyjnej naturze.

Ponieważ zakładamy, że rzeczy i uczucia są ciągłe, myślimy jak pięknym by było godzinami słuchać muzyki, czy przez całe miesiące żyć na odległej małej wyspie. Ale w rzeczy samej bylibyśmy w dużych kłopotach gdyby te nasze pragnienia się spełniały. Czasami wyobrażam sobie jakby to było gdyby jakieś złośliwe bóstwo, natychmiast spełniało nasze pragnienia: jeśli ktoś chciałby podróżować przez całe życie, ciach! Natychmiast zacząłby podróżować do końca swych dni! Człowiek nie zawsze zdaje sobie sprawę jaki jest szczęśliwy, że nie zawsze jest w stanie robić to co chciałby robić. Gdyby zdał sobie z tego sprawę, byłby bardziej uważny na to „co jest” i mniej na to „co by chciał by było”.

I tak cierpimy z powodu nierozwiązywalnej dychotomii. Nie uczymy się lekcji naszego doświadczenia, zamiast tego ciągle od nowa próbujemy osiągnąć niemożliwe, usprawiedliwiając poprzednie niepowodzenie różnego sortu racjonalizmami.

Faktycznie, nie jesteśmy w stanie nauczyć się naszej lekcji, ponieważ lekcja nauczona intelektualnie czy nawet przez doświadczenie nie wystarczy gdy w grę wchodzą mocne uczucia. Gdyby było inaczej neurotyk, świadomy swego stanu, jak to jest u wielu z nich, byłby natychmiast wyleczony.

A nasze doświadczenia, w rzeczy samej pociągają za sobą silne uczucia. Jednym z silniejszych i prominentnych jest poczucie bezpieczeństwa, nakierowane na zachowanie i promujące najbardziej ważny z ciągłych, solidnych bytów jakie wyobrażany sobie na poziomie werbalnym: nasze Ego, które jak i inne komponenty świata wyobrażamy sobie jako byt z jądrem które pozostaje niezmienne i nie podległe zmianie, na przekór zmianom pojawiającym się tu i ówdzie, pewien rodzaj tożsamości w ciągłości lub niezmienności podczas transformacji, by użyć języka współczesnej fizyki. Nie tylko próbujemy chronić nasze Ego, promować je i sprawiać by trwało coraz dłużej i dłużej, ale również staramy się protegować nasze przekonanie, że jesteśmy takim bytem – przekonanie które jest stale zaprzeczane przez fakty i doświadczenie.

Fakt jest taki, że nasz pogląd na świat jako solidny i ciągły i nasz odpowiedni pogląd na Ego, wzajemnie się wspierają. Ego nie mogłoby żyć własnym życiem w efemerycznym świecie; i odwrotnie, z punktu widzenia nie-Ego, świat nie mógłby być wyobrażany takim jakim się on nam jawi. I ta tragikomedia kontynuuje się z Syzyfo-podobnym bohaterem na scenie, próbującym nieudanie uchwycić się percepcji, uczuć i czego by nie, które to stale prześlizgują mu się przez palce.

Aby zakończyć to przekleństwo, „zatrzymać” szukanie czegoś co nie istnieje i rozpocząć widzenie rzeczy takimi jakimi są, trzeba rzeczywiście mieć dość wszystkiego tego, ale z większością ludzi tak nie jest. Jak muchy w butelce nie widzą, czy nie chcą widzieć wyjścia przez szyjkę butelki i nieskończenie powtarzają te same nieudane próby osiągnięcia zbawienia, wolności.

A zatem, dla tych którzy mają dość, jak wydostać się z tego zagmatwania? Tak długo jak świat jest widziany z uwagą skierowaną na Ego, to jest z uważnością „chcącą” widzieć rzeczy zgodnie z wymaganiami Ego i jak długo świat jest doświadczany z intencją szukania stałej przyjemności w obrębie werbalnej struktury wspomagającej to pojęcie – zaklęty krąg pragnienia i niezaspokojenia będzie skazany na samopowtarzanie się.

Byłoby absurdalnym sugerować wyrzeczenie się namiętności i uczuć jako środka przełamującego ten krąg. W każdym razie to byłoby praktycznie niemożliwe do osiągnięcia przez sam rozważny wysiłek, gdyż namiętność i uczucia byłyby tylko represjonowane nie wyeliminowane. Jedyną linią ataku wydaje się raczej być nowy sposób widzenia, postrzegania i bycia uważnym.

Może się wydawać dziwnym zredukowanie tak witalnego punktu do sprawy uważności, ale fakt jest taki, że uwaga jest punktem w którym rzeczy mogą pójść dobrze lub źle. Wszystko zależy od jej jakości i intensywności. Uwaga jest kluczem: klucz do Raju nie jest taki sam jak ten do Piekła, ale różnica między nimi może być kwestią milimetrów. Mała różnica u źródła bardzo często prowadzi do opozycyjnej strony. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do rozważań jak kultywować tą zdolność do uważności. Nie uczymy się jak być uważnymi, bardziej niż jak chodzić lub stać. Ale tak jak wielu z nas chodzi lub stoi źle (aż do punktu zniekształceń cielesnych) tak też wielu z nas skierowuje uwagę błędnie, co również ma złe efekty. Zobaczmy jak.

Jesteśmy ukierunkowani na cel. To oznacza że nasze zainteresowanie jest zogniskowane na pewnych rzeczach, a ponieważ zainteresowanie stymuluje uwagę, to siłą rzeczy jest częściowe i dyskryminujące. Faktycznie uwaga jest przeważnie kierowana z powziętego punktu widzenia czy pragnienia, oświetla ona to co nas interesuje i pozostawia resztę w ciemności. (Z tego powstają dziwne sytuacje. Ten kto w dyskusji stara się wspierać stronę tolerancji, nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo nietolerancyjny czasami jest wobec swych rozmówców; podobnie ten kto z całych sił walczy o sprawę miłości i pokoju nie zdaje sobie sprawy jak pełen nienawiści jest wobec swoich oponentów).

A zatem dyskryminacyjna uwaga, przyczynia się do generalnej dychotomii: podmiot/obiekt, lub jak wolisz Ego/świat, gdzie czynniki pozostawione w ciemności akumuluję się wokół uwagi i ograniczają ją. W taki sposób jesteśmy uważni z dodatkiem niecierpliwości czy pragnienia czy zmartwienia etc. Ta agregacja tworzy niejasny ale bardzo realny konglomerat który jest indywidualizowany jako Ego. (I to jest, jak się wydaje dodatkowym powodem dlaczego egzystencja Ego nie jest generalnie dyskutowana, mimo ekstremalnych niejasności otaczających wszelkie jego definicje.

Egzystencja Ego jest afirmowana jako pewność ponieważ konglomerat utworzony przez uwagę i stowarzyszone z nią elementy są odczuwane jako jedność albo jako coś wymagające wspomagania; ale skoro uwaga nie rozjaśnia tych interesujących obiektów – czasami zaniedbywanych ponieważ ich widok jest nieprzyjemny! - definicja tej sfabrykowanej całości – Ego – siłą rzeczy musi być niejasna. Innym słowy Ego jak duch jest odczuwane jako będące pewnym tak długo jak nie jest zanalizowane. Normalna uwaga poza byciem częściową i dyskryminacyjną, jest również generalnie niezbyt ostra, będąc źle zogniskowaną, jest jak źle ustawiony teleskop. To dla tego, że nie ma odpowiedniej równowagi pomiędzy uwagą i mentalną absorpcją (czy pełną koncentracją).

Co to oznacza i jakie są tego implikacje? Zobaczmy. Być uważnym to zupełnie co innego niż być totalnie zaabsorbowanym. Uwaga wymaga przestrzeni, dystansu wobec obiektu. Absorpcja z drugiej strony, jeżeli totalna, eliminuje wszelki dystans, jest unią. Identyfikacją „zanikiem przez inkorporację w coś” jak definiuje to słownik. Kiedy jest się zaabsorbowanym, zamkniętym w obiekcie, jest się niezdolnym do widzenia go, opisania go; poza tym, naturalny bieg zdarzeń czy „strumień świadomości” jest przerwany.

Jednakże, całkiem spora doza absorpcji jest konieczna by uwaga była operacyjna. Gdy uwaga jest zbyt odległa (w normalnym i figuratywnym sensie) naraża się na ryzyko bycia tak mało zaangażowaną, że pominie obiekt; ryzyko to jest zawsze obecne u tych którzy obawiają się bycia zbyt „subiektywnymi”. Przykładem tego może być krytyk artystyczny, który żartując odmówił zobaczenia obrazu który miał osądzić, by nie ulec jego wpływowi, by być „obiektywnym” w swym osądzie!

Problem polega na tym by znaleźć dobre ekwilibrum pomiędzy byciem w i byciem poza. Ten balans jest rzadko utrzymywany, ani nawet się do niego nie dąży. W taki sposób nie wiemy co robimy ponieważ jesteśmy tym co robimy lub nie wiemy co robimy, ponieważ jesteśmy zbyt oddaleni od tego co robimy. Rezultat jest taki sam w obu wypadkach.

Dwie główne charakterystyki naszej codziennej uwagi (dyskryminacja i niezogniskowanie) przyczyniają się wiele do naszej normalnej wizji świata, zniekształconej przez namiętności i egoistyczne zainteresowania. Zamiast być suwerennym mistrzem który próbuje sprawować swą władzę w najlepszy możliwy sposób, uwaga pozwala się zdegradować i dopuszcza by sfera jej autorytetu została infiltrowana przez obce elementy (zainteresowanie, namiętności …) którym staje się podległa. Nic dziwnego, zatem, że wynikająca z tego koncepcja świata (włączająca w to Ego) odzwierciedla te zainteresowania i namiętności. Można powiedzieć, że zainteresowania i namiętności zaangażowane w narcystyczną kontemplację samych siebie tworzą złudny wizerunek solidnego, trwałego świata.

Teraz możemy łatwo dojść do konkluzji, że „nie-złudny” typ uwagi powinien mieć przeciwstawną charakterystykę do tych wymienionych powyżej: powinna ona być nie-dyskryminująca i dobrze zogniskowana w sensie implikowanym wcześniej. By być niedyskryminacyjną, musi być nakierowana na wszystko co jest dla niej obecne, niezależnie od inklinacji, preferencji i tym podobnych. Taka czysta oderwana uwaga nie może funkcjonować z góry powziętego punktu widzenia: musi ona utrzymywać kontakt z tym co wydarza się w danym momencie, z tym co nasze zmysły prezentują świadomości, z tym co jest obecne tutaj i teraz, co zawsze jest jedną rzeczą jednego razu, tak samo jak toczące się koło które styka się z ziemią tylko w jednym miejscu.

Wszystko to łatwo powiedzieć, wiele rzeczy jest łatwych na poziomie logicznym (gdzie teraz jesteśmy). Jednakże nie jest to takie łatwe w praktyce, tak, by natura rzeczywistości mogła być doświadczana w taki ostry jasny sposób, że nasze zachowanie byłoby instynktownie dostrajane do takich doświadczeń i w harmonii z nimi. Zostały wynalezione metody treningu by ułatwić ten proces, z głównym naciskiem na nauczenie się eliminacji przeszkód uniemożliwiających wyłonienie się czystej uwagi; ale ten przedmiot jest zbyt obszerny by go tu omawiać.

Nowy sposób postrzegania idzie na przekór długotrwałym nawykom, nie jest łatwo po prostu patrzeć na inklinacje i upodobania, zamiast im ulegać. Ale na tyle na ile nowy system działa poprawnie, uwaga stoi niezatłoczona i samotna: już dłużej nie jest stowarzyszona z niezauważalnymi ale aktywnie obecnymi elementami, ponieważ w tym sposobie praktyki nie ma nic aktywnie obecnego co nie było by obserwowane. Już dłużej nie jest to „patrzenie z” ale zawsze i tylko „patrzenie na ...”. To oznacza, że linia podziału pomiędzy podmiotem a obiektem została przesunięta tak, że wszystko jest teraz po stronie obiektu. Ujmując to inaczej, dychotomia podmiot/przedmiot zmieniła się w uwaga/obiekt. „Ja” stało się okiem. Ego rozpuściło się w efemerycznym stanie świadomości, jego pozorna kompaktowość straciła swój klej: to tak jak gdyby wszystko działo się bezosobowo, obserwowane anonimowo, bezstronnie. Różnica pomiędzy nowym rodzajem uwagi i totalną absorpcją jest całkiem oczywista. W totalnej absorpcji, Ego nie podlega sekcji ani egzaminacji w swych oddzielnych komponentach ale po prostu jest zawieszane, na chwilę zapomnienia – na tak długo jak trwa absorpcja. Totalna absorpcja (niezależnie czy identyfikacja czyniona jest z Bogiem czy różą) jest stanem mistycznym: tylko jedna rzecz żyje „wewnątrz” reszta jest zawieszona. I to co dzieje się z kompaktowością Ego gdy stosowana jest czysta uwaga, dzieje się również z zresztą świata. Rzeczywistość już dłużej nie jawi się jako solidna i trwała ale jako małe, krótko-żyjące, prawie nieuchwytne, współzależne całości. W terminologii logicznej teorii klas, przeszliśmy od klasy do jej komponentów, czy jeszcze lepiej z charakterystyki pierwszej do tej drugiej. Lub używając terminologii muzycznej, co było czytane uprzednio jako „legato” jest teraz czytane jako „staccato”. Dzwonienie rano budzika i konsekwentne wstawanie są teraz widziane jako etykiety pokrywające różnorodne doświadczenia: dźwięk ze wszystkimi jego modulacjami, jego znaczenie (wstawać), nieprzyjemne uczucie połączone z przymusem robienia tego, ruchy ciała; myśli o pierwszym spotkaniu w biurze. I tak dalej; wszystkie te elementy całości będące wziętymi tak jak się same prezentują dla świadomości; odczuwane oddzielnie i odmiennie w ich smaku, w ich wzajemnych połączeniach.

W czystej uwadze, jakiekolwiek zdarzenie które pojawia się w świadomości, nosi znak swego miejsca w czasie. I to miejsce w czasie może być tylko teraz, gdyż świadomość może być świadoma tylko „teraz”. W taki sposób, lęk przed śmiercią jest „lękiem teraz” przed czymś co nie jest obecne: obecność dotyczy lęku, nie śmierci, pamiątka czegoś co zdarzyło się dwa lata temu jest „teraz pamiątką” czegoś co już dłużej nie jest obecne.

Zrealizować tą wieczną, nieuniknioną teraźniejszą obecność, ten czas z którym połączone jest życie, to uniknąć bycia zagubionym czy wyobcowanym w przyszłości czy w przeszłości, jak to często się dzieje w przypadku codziennych sposobów przeżywania doświadczenia. To również oznacza bycie stale czujnym. Scena jest oświetlona gdy światło jest włączone, pomieszanie znika albo staje się nieefektywne. Tylko ten kto umarł dla przeszłości, żyje w „teraz”. Śmierć przeszłości nie oznacza, że została ona zapomniana, to oznacza, że emocje z nią związane wyczerpały się. Co pozostaje to ledwie wspomnienie po nich (wielce powiększone, przez stałą uważność na obecne).

Tylko ten kto jest martwy wobec lęków i nadziei na przyszłość, żyje w teraz. Być martwym co do lęków i niepokojów o przyszłość niekoniecznie oznacza, że zostały one wykorzenione (choć tym lepiej jeżeli tak się stało), oznacza to, że są one przeżywane jako obecne wydarzenia, należące i nieniknienie połączone z momentem w którym się pojawiają. Kiedy tylko teraz jest żywe, nowe jest żywe. Każde wyrażenie jest doświadczane jako indywidualne samo w sobie choć w relacji do innych. Ponieważ czysta uwaga pociąga za sobą absorpcję, każda forma jest wyraźnie oderwana od jej tła, jest unikalna i niepowtarzalna. Ponieważ czysta forma implikuje dystans, oderwanie i perspektywę, każda forma należy do swej rodziny czy klasy. Nietzsche napisał: „Ten kto nie umie ustać w miejscu bez zawrotów głowy i lęku, jak bóg zwycięstwa, nigdy nie pozna czym jest szczęście i nie będzie zdolny zrobić nic by pomóc innym by byli szczęśliwi".

Ale my zwykle nie wiemy jak „ustać w miejscu”, jak żyć w teraz. Zatem nie możemy mieć poczucia nowości, nie możemy być szczęśliwi. Wszystko unosi ze sobą opresyjna przeszłość. Piszemy ksiąski o książkach. Idee następują za ideami. To co słyszymy już słyszeliśmy, co widzimy już widzieliśmy. Wielkie przesłanie rozchodzi się we wspomnieniu echa. Cokolwiek nowego ma stary smak. Z drugiej strony skłaniamy się ku drugiemu zboczu; zawsze projektując coś czy samych siebie w przyszłość. Martin Buber przekazał nam odpowiedź daną przez rabina Jizchaka na pytanie: „Jaki był rzeczywisty grzech Adama?”: „Martwił się o następny dzień”.

Jeżeli linia prosta reprezentuje poziom werbalny i płaszczyzna królestwo działania, krzywa jest być może geometrycznym pojęciem najlepiej symbolizującym „czystą uwagę”. Czysta uwaga, będąc zogniskowaną na jednym obiekcie za drugim rozwija się linearnie, ale inaczej niż na poziomie werbalnym, w czystej uwadze wszystko zmienia się z momentu na moment. Aby wykazać te zmiany linia jest zakrzywiona a nie prosta. Wchodząc w szczegóły normalna uważność (która jest dyskryminująca) może być reprezentowana przez linię prostą gdyż obie są wyłączne. Tak jak pierwsza wyłącza obiekty, które nie zostały wybrane, tak i druga wyłącza kierunki, które nie są jej własnymi. W przeciwieństwie do tego, czysta uwaga (która jest niedyskryminacyjna) kieruje się ku wszystkiemu co obecne dla świadomości, w taki sposób, że tylko jeden kierunek jest podjęty, nie ma „podążania za”. Geometryczną reprezentacją tego stanu rzeczy jest krzywa, gdyż jest ona miejscem gdzie wszystkie te początkowe etapy zdarzeń są połączone, każdy punkt krzywej może być uważany za odejście od linii prostej, która nie była nigdy wyznaczona, ponieważ uwaga, zamiast podążać za werbalnym wzorcem, natychmiast zwraca się ku następnemu wydarzeniu, ukazującemu się na scenie świadomości.

Czysta uwaga nie ma wspomagania; jest somo-wspomagająca się, obserwacją z bezludnego lądu czy – co oznacza to samo - z bezwymiarowego punktu, znikąd. Żyjąc na krzywej - co teraz stało się jasne - nie oznacza powstrzymywania się od myślenia i działania (co właściwie byłoby niemożliwe). Ale myśli i działania – czy generalnie życie, są obserwowane z punktu który jest nigdzie. Pozostawiając mowę mówiącemu, spacer spacerującemu, itd., oznacza uwolnienie energii, która poprzednio była zbędnie angażowana w te aktywności i tak uniemożliwiając by były one badane w czystej czujnej uwadze. Wydaje się warte podkreślenia, że funkcjonowanie tej ostatniej nie jest równoznaczne z „rozważaniem” czy „rozmyślaniem” i tym podobnym. Gdyby tak było, byłoby to tylko dodatkową dozą myślenia, inną linią prostą. Ale tak nie jest, choć początkujący niezliczoną ilość razy wpadają w tą pułapkę! Funkcja czystej uwagi jest bardziej zbliżona do „smakowania”, „odczuwania” jak kosztowanie jedzenia czy dotykanie kawałków materiału. Ten rodzaj wiedzy, który może być nazwany „smakowaniem” czy „odczuwaniem” tylko metaforycznie, odnosi się do aktywności naszych sześciu zmysłów (pięć tradycyjnych + umysł). Czysta uwaga postrzega, rozpoznaje i uznaje wszystko to i czyni mentalną notę; raczej niezwyczajna aktywność, która jeżeli sądzić po jej opisie, może jawić się nudną i bezowocną. Jednak tylko ten kto jest świadomy swych percepcji, uczuć i stanów mentalnych, w sposób ukazany powyżej, to jest przez intymny kontakt z ich zawartością, może rzeczywiście wiedzieć czym widzenie, czy bycie zaangażowanym, czy bycie zmartwionym są. Praktyka czystej uwagi nie tylko idzie na przekór starym nawykom i długotrwałym inklinacjom, lecz także rzeczywistość odkrywana przez nią ukazuje się raczej jako niemiła. Faktycznie, to co jest doświadczane przez czystą uwagę to nietrwałość nasze „bete noire”. Nie chcemy uznać tego, że wszystko co zrodzone musi umrzeć, i że co musi umrzeć jest w pewnym sensie już martwe. Odrzucamy ten pogląd zbyt pochopnie jako pesymistyczny podczas gdy nie jest on ani pesymistyczny ani optymistyczny, ale odzwierciedlający tylko to co jest. Gniewnie chłoszczemy martwe konie ale to nie czyni nas wypychaczami skór, to sprawia tylko, że coraz bardziej i bardziej upodabniamy się do neurotyka który wie, że 2+2=4 ale który denerwuje się z tego powodu.

Jasne zdanie sobie sprawy, że rzeczywistość jest całkowicie nietrwała, czyni samą rzeczywistość jeszcze bardziej niesatysfakcjonującą, ponieważ pragnienia, lęki i nadzieje – ciągle działając – nie mają stałego haka by na nim zawisnąć. I co gorsza, nie możemy nic z tym zrobić, ponieważ nasze Ego jest odsłaniane przez czystą uwagę jako „fenomen patologiczny”, jako choroba której symptomami są roszczenia Ego do istnienia i jego samo-promocja. Takie ego, nie może zmodyfikować tego stanu rzeczy. Nasze zakładane ja nie jest mistrzem nietrwałości, ponieważ samo jest nietrwałe.

Ale prędzej czy później ta sytuacja dochodzi do kulminacji, do punktu zwrotnego. Prędzej czy później „poddanie się”, „puszczenie” się manifestuje: rzeczywistość jest akceptowana taką jaką jest; wszelka dychotomia pomiędzy tym co jest a tym co powinno być zanika; życie i rzeczywistość stają się jednym, nie w sensie mistycznego zjednoczenia ale w sensie wzajemnego dostrojenia się. I to jest spokój, harmonia, nie dlatego, że wszystko idzie gładko ale ponieważ wszystko jest w nieunikniony sposób takie jakie jest a zatem nie mogące być innym. To głębokie rozpoznanie tego faktu nie pozostawia żadnej możliwości dla próżnej spekulacji.

To nie fatalizm. Szanse na to, że nie zdążę do autobusu są redukowane przez dobieganie ku niemu, ale gdy autobus już został złapany, bądź odjechał bez nas – odpowiednio ku naszemu zadowoleniu bądź rozczarowaniu – ten rezultat (włączając zadowolenie lub rozczarowanie) jest niepodlegającym zmianie efektem tego co było. Poza tym, nowa praktyka uczy nas również, że często biegniemy niepotrzebnie, nadgorliwie wtrącając się w bieg rzeczy. Rzeczy mają swój sposób dziania się, same przez się.”Mam nadzieję, że znajdę to co będę mówił ciekawym”, brzmiała dowcipna uwaga którą usłyszałem od doskonałego mówcy na minutę przed tym jak wstąpił na mównicę.

Droga wyjścia” nie musi mieć dramatycznego punktu zwrotnego; jej rozwój może przebiegać gładko, i być oznaczony po drodze wieloma wglądami. Wydaje się korzystne zbytnio się nimi nie przejmować. Czy są autentyczne? Czy nie? Zbyt wiele wątpienia jest samo w sobie znakiem, że Ego nie jest zbyt daleko. W każdym razie, najlepszym znakiem świadczącym o prawdziwej wartości tych wglądów jest nasza zdolność do przyjęcia ich, spontanicznie i w duchu skromności. Oczywiście nie można chcieć być spontanicznym, choć ten podwójny przymus nawiedza wielu nieprzygotowanych początkujących. Przeciwieństwo, chełpienie się przebłyskami wglądu, granie roli głośnego nawróconego, jest symptomem nieautentyczności. Czasami manifestacji tego zezwala się na na obecność pod samozadawalającą przykrywką pomagania innym. Ale temu celowi służy się lepiej bezpośrednim przykładem niż słowami: najbardziej efektywna pomoc przychodzi zwłaszcza wtedy gdy jest niezamierzona i w formie tego jakim się jest a nie tego co się mówi.

Nikt nie pomoże ci we wglądzie, nikt nawet nie ustawi cię na krzywej; a już na pewno nie ty sam. Wysiłek i dyscyplina mogą być wymagane ale nie twój wysiłek i nie twoja dyscyplina; innymi słowy, nie powinny być one wynikiem Ego. A jednak punkt wyjścia nie może być inny niż z tego miejsca gdzie się jest, mianowicie, najbardziej prawdopodobnie z pełnokrwistego Ego, które chce stać się wolne od Ego i zatem wysila się by osiągnąć cel. Ale wolność – od – Ego nie może być produktem pragnienia i planowania Ego. A jednak, paradoksalnie, ten wydaje się nieniknienie fałszywy start może ostatecznie mieć szczęśliwy zwrot. Ambrosise Pare, słynny francuzki chirurg z szesnastego wieku zwykł mówić o każdym pacjencie którego udało się mu utrzymać przy życiu: „Ja go zabandażowałem, Bóg go wyleczył”. W nie-teologicznych terminach, jakikolwiek rezultat jest przynajmniej w części wynikiem wydarzeń niepodlegających kontroli.

W tym samym duchu, możemy powiedzieć, że przejście od ja do nie-ja musi być przygotowane, choć nie może być zdeterminowane. Dochodzi do niego skokowo, co nie zawiera w sobie czasu ani nie wymaga przestrzeni. To dojście bez uprzedniego wyjścia. Bardziej niż zdarzenie jest to adwent. Będąc ponad czasem nie może to być wyjaśnione czy opisane. To co może być wyjaśnione i opisane musi mieć naturę temporalną; stąd nieskończone odniesienia w obu kierunkach przeszłości i przyszłości. Wgląd jednakże, jest pionowym przełamaniem w horyzontalnej temporalnej linii. Nie niesie ze sobą „przed tym” ani „po tym”. Wgląd jest TYM.


Carlo Gragnani