Link do wszystkich dokumentów



Trzy fragmenty z interesującej książki Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia:


Samotność pustyni


Bezczynność - jak nauczyłem się w szkole mnichów - stanowi nie tylko prawo człowieka, lecz również stan konieczny dla zachowania zdrowia. Samotność nie musi polegać od razu - jak to przeczytałem w folderze reklamującym pewną „farmę piękności" - na „otwieraniu sekretnych drzwi w głębinach duszy" czy też „czucia w sobie powiewu wieczności" jest jednak niezbędnym lekarstwem, umożliwiającym odnalezienie siebie samego oraz uwolnienie się od poczucia niestabilności i niepokoju. Wyzwala człowieka z błędnego koła własnej aktywności i zdejmuje mu z oczu klapki, uniemożliwiające szersze spojrzenie na otaczający świat.

Samotność pustyni stoi u źródeł każdego doświadczenia religijnego - przez pustynię musieli przejść wszyscy prorocy: czy to Mojżesz, czy Eliasz, czy też Ojcowie Pustyni, tacy jak święty Antoni. Jezus regularnie wychodził na pustynię, aby pościć, modlić się i podejmować refleksję na temat swego posłannictwa. Dostrzec tu można pewną prawidłowość. Samotność i cisza były również najważniejszymi pomocnikami Jezusa przed rozpoczęciem publicznej działalności, gdy przygotowywał się do pełnienia swej trudnej misji - towarzyszyły mu przez czterdzieści dni, jak gdyby chciał pokazać, że doświadczenie takie jest niezbędne, gdy chce się rozpocząć w swoim życiu nowy etap.

Pustynia stanowi metaforę skierowania się ku własnemu wnętrzu i prowadzenia wewnętrznej walki. Ukazuje czyhające na człowieka zagrożenia, ale pomaga mu również w odrzucaniu fałszywych wyobrażeń i odnajdywaniu na nowo orientacji. Czy to przypadek, że ludzie mający za sobą tego typu doświadczenia, które zmusiły ich do przezwyciężenia własnej żądzy sukcesu, dumy i zaślepienia, stają się zwykle bardziej przystępni i wyrozumiali? Jak wyjaśnił mi ojciec John, gdy zasiedliśmy w mojej celi do umówionej rozmowy, od wyjścia na pustynię rozpoczyna się nasza praca nad sobą.

- Nie polega ona na poddawaniu się praniu mózgu, ale stanowi zazwyczaj bolesny proces, bez którego nie dostąpimy uzdrowienia. Pustynia oznacza w pierwszej kolejności zdystansowanie się, oderwanie się od znajomego otoczenia, skostniałych relacji, utartych schematów, zwykłych ciężarów, bodźców i pokus, ucieczkę od zgiełku i tłoku społeczeństwa rozrywki z jego pustą paplaniną, a wreszcie także pozostawienie siebie samego. Chodzi w nim o to, by wyjść wreszcie z własnej powłoki, zedrzeć - jak radzi ojciec monastycyzmu, święty Bazyli - wierzchnią warstwę swej osobowości. Ale pustynia nie będzie cię też oszczędzać. Będzie cię dręczyć i często nurzać wręcz we własnym prochu.

Według mnicha, złe moce, pokusy szatańskie i dzikie demony, o których mówią Ojcowie Pustyni - ale także święty Benedykt i inni - a które w okresie ich osamotnienia i oczyszczenia opadały ich dosłownie niczym chmary ptactwa nie są jakimś tworem fantazji.

- Każdy jest w stanie zrozumieć - stwierdził ojciec John -że już najzwyklejsza rezygnacja ze zwykłej ilości jedzenia i picia daje nam odczuć stopień naszego uzależnienia, które traktujemy zazwyczaj jako coś oczywistego. Ojcowie Pustyni - jak mówi święty Antoni - odbierali ów bunt elementarnych żądz, «potężną burzę myśli», jako atak mrocznych sił, które dybią na ludzkie życie i w dłuższej perspektywie je niszczą. Są to zwodnicze moce, które bardzo często wytrącają człowieka z równowagi. Pokusy te należy zwalczać niczym potworki z gier komputerowych, zagradzające nam drogę do osiągnięcia wyższego poziomu. Taka już jest jednak egzystencjalna sytuacja człowieka. Pokusy są niczym ogień, niezbędny do tego, aby oddzielić złoto od żużlu.

Uczyńcie ciszę!


W klasztorze panuje wielkie milczenie i stwierdzenie to nie ma wydźwięku negatywnego. Na każdym kroku znajdują się specjalnie urządzone zakątki, w których można napełnić się dobroczynną atmosferą ciszy. Nowicjuszy napomina się, by nie biegali po korytarzach i nie prowadzili tam rozmów. Bez pośpiechu i w ciszy zasiada się do stołu, by w milczeniu spożywać posiłek. Zakaz rozmów po komplecie jest zaś czymś świętym. Noc to noc - nie ma innego miejsca na świecie, w którym do pojęcia ciszy nocnej przywiązywano by dziś jeszcze taką wagę. Odpowiada to w pełni staremu, lapidarnemu benedyktyńskiemu hasłu - pax, czyli pokój.

Święty Franciszek i święty Dominik, którzy niemal w tym samym czasie powołali do życia dwa zakony o całkowicie odmiennych charyzmatach, widzieli się tylko raz. Jak głosi przekaz, na początku uściskali się, ale przez cały czas trwania spotkania żaden z nich nie wypowiedział ani jednego słowa. Zanim się jednak pożegnali - mówi legenda - każdy z nich zdążył poznać historię życia drugiego.
Być może ojcu Johnowi przypomniała się właśnie ta historia.

Hasło „zrozumieć bogactwo ciszy" - od tego zaczął naszą rozmowę - brzmi czasem dość nieszczerze, a nawet pusto. „Głosy w ciszy" słyszą przecież zazwyczaj tylko osoby chore psychicznie. Mimo to - jak mówił dalej mnich - pochwała milczenia stanowi bardzo stare ćwiczenie, a jednym wielkim wołaniem ciszy był sam święty Benedykt. Już kaptur mnichów służyć miał w pierwotnym założeniu niczemu innemu, jak tylko zakrywaniu głowy na znak skupienia. U kartuzów pragnienie zachowania milczenia jest tak radykalne, że nie wnioskują oni nawet o rozpoczęcie procesów beatyfikacyjnych swych zmarłych braci, wierząc, że milczenie i miłość są w ostatecznym rozrachunku jedyną drogą do poznania i współistnienia, jedyną drogą do Boga w zgodzie z duchem stworzenia.

Do tego, aby możliwy był całościowy rozwój ludzkich predyspozycji, niezbędna jest, zdaniem mnichów, atmosfera ciszy i spokoju. Hałas powoduje bowiem zmiany w psychiczno-duchowej strukturze człowieka, sprawiając, że wykazuje on skłonności do nerwowych zachowań. Nie chodzi tu tylko o liczbę decybeli. Nieprzypadkowo bowiem zwrot „nie móc zaznać spokoju" odnosi się do niebezpiecznego już, niepokojącego stanu ciała i duszy. Związek ten uświadamia - niczym poradnik medyczny - sam nasz język. Niespokojny oddech i niespokojny puls nie zwiastują niczego dobrego. Niespokojnie pracujące serce domaga się już pomocy lekarskiej. Ktoś, kto nie potrafi zaznać spokoju, jest podenerwowany, rozgorączkowany, zdezorientowany, niestabilny i pozbawiony energii, co czyni go nieznośnym dla siebie samego, a także z pewnością dla innych. „Przynajmniej w nocy pozwól swemu sercu odpocząć - apelował biskup Hélder Cámara - przynajmniej w nocy przestań biec, poskramiaj pragnienia, które wpędzają cię w szaleństwo".

Mnisi chcą, by klasztor był przestrzenią, w której jak najskuteczniej oddziałuje lecznicza siła spokoju i milczenia oraz w której to, co uległo „poplątaniu", znów może zostać uporządkowane. Ojciec John powiedział mi pewnego razu, że nie wolno nigdy czynić niczego w pośpiechu i niepokoju, w przeciwnym bowiem razie przestaje się trzeźwo spoglądać na daną sprawę i samemu sobie utrudnia życie. „Niech pan spojrzy na szerokie rzeki, które spokojnie płyną po równinach. Mogą się na nich unosić wielkie, wyładowane towarem statki. Rwące potoki i ulewy tylko zaś niszczą pola i łąki".

Cisza umożliwia niekiedy zmianę postrzegania świata, rozkwit zmysłów. W egzystencjalnej konfrontacji z samym sobą i własnym otoczeniem można odnaleźć ważne punkty odniesienia i nowe źródła siły. Podczas chwili ciszy, stanowiącej nieodłączny element liturgii braci z Taize, usłyszałem kiedyś, jak pewna kobieta, siedząca ze skrzyżowanymi na piersiach rękami na miękkiej wykładzinie, zaczęła nagle szlochać - najpierw nieśmiało i cicho, a potem już nieprzerwanie, niczym wezbrana rzeka, która zdołała przerwać wszystkie tamy. Cisza przemówiła do jej ducha i dziewczyna prawdopodobnie wypłakiwała z siebie wszystkie przygniatające ją problemy, od których wcześniej nie była się w stanie uwolnić.

Rzeczywiście, to w zwykle lekceważonej „próżni czasowej" często dzieje się więcej niż we wcześniejszych okresach, które były na pozór pełne wydarzeń. Niekiedy sam nasz organizm chorobą najzwyczajniej w świecie wymusza na nas przerwę w codziennym wyścigu, aby móc na takim „postoju" odpocząć i zaczerpnąć nowej energii. Ten pozorny okres bezczynności okazuje się dla nas niespodziewanie czasem bogatych doświadczeń wewnętrznych. To dziwne, ale właśnie gdy wpadamy w taką „czarną dziurę", której się boimy, bo kojarzy się nam ze stratą czasu i pieniędzy, mamy szanse owocnie wykorzystać dane nam chwile.

W głosie ojca Johna pojawił się patos.

- Proszę przeznaczyć kiedyś trochę czasu, by pobyć sam na sam ze sobą. Proszę poczytać wtedy książki, które bardziej służą refleksji nad światem niż zabijaniu czasu. Proszę zrezygnować z przemieszczania się z miejsca na miejsce i czytania gazet. To będzie pierwszy krok. Od razu zyska pan czas konieczny do tego, aby odnaleźć spokój. Spokój to jedno. Ale jak zapewnić sobie ciszę? To bardzo proste. Soren Kierkegaard powiedział kiedyś: „Cały dzisiejszy świat, całe nasze życie trawi choroba. Gdybym był lekarzem i poproszono by mnie o radę, odpowiedziałbym: uczyńcie ciszę!"


Mnisi szukają ciszy i milczenia


Gdy Grek Bazyli, ojciec wschodniego monastycyzmu, jako młody człowiek, przepełniony wstrętem do gadulstwa wszechobecnego w nowoczesnym społeczeństwie owej epoki, do którego sam dotąd należał i którego pychę i arogancję pielęgnował w sobie przez długie lata, opuszczał ojczyste Ateny, był początkowo tylko ciekaw, jak wygląda życie egipskich pustelników, o których mówił cały świat. Kiedy dotarł na pustynię, eremici odmówili jednak odpowiedzi na którekolwiek z jego pytań. Uczniowie mogli często towarzyszyć swym nauczycielom jedynie na odległość, aby nie mieć sposobności do nawiązania z nimi rozmowy. Świadomość Ojców Pustyni, jak łatwo może zbłądzić ludzki język, znalazła szybko wyraz w nakazie całkowitego milczenia.

Bazylego taka perspektywa fascynowała. Pragnął, aby jego wnętrze napełniło się spokojem, by zapanowała wokół niego tak wielka cisza, że mógłby poczuć drżenie powietrza. Zamilknąć musiał wszelki zgiełki i ucichnąć każde niespokojne poruszenie duszy - w takim oto właśnie stanie Bazyli dosłyszał głos głęboko ukrytej w jego wnętrzu tajemnicy, który towarzyszył mu odtąd już przez całe życie. Zrozumiał, że szansą człowieka jest usłyszenie głosu Boga. To zaś możliwe było wyłącznie w doświadczeniu hezychia - głębokiego wewnętrznego wyciszenia.

O ciszy mówi się, że kryje się w niej oddech wieczności, a ludzie mogą w niej odnaleźć cel stworzenia. Chodzi tu o wewnętrzną tajemnicę oraz dodatkowy wymiar spokoju, o którym prawie zupełnie już zapomnieliśmy. Cisza i milczenie są - jak podpowiada doświadczenie mnichów - bramą do Boga, drzwiami do pomieszczenia, w którym dusza z dala od wszelkiego zgiełku może naprawdę spotkać się ze Stwórcą. Zatopienie się w ciszy - Bazyli to zrozumiał - stanowi pierwszy krok do uzdrowienia.

W medytacji człowiek przestaje kurczowo chwytać się rzeczy doczesnych. Milczenie i samotność są drogami, na których można odnaleźć wewnętrzny pokój i opanowanie, porzucić - jak zalecał Jezus - troski, otrząsnąć się ze szkodliwych myśli oraz przestać wreszcie spoglądać wstecz, zadręczając się niepotrzebnymi myślami i pytaniami, aby w końcu krok po kroku móc zanurzać się w swym własnym wnętrzu.

- Teraz - ojciec John znów odwrócił się do mnie - wie pan, dlaczego mnisi szukają ciszy i milczenia, tego źródła ponad-ludzkiej siły. Nie ma to nic wspólnego z romantyzmem czy też walką ze stresem. To dążenie skierowane ku własnemu wnętrzu, ku czemuś, co przekracza wszystkie kategorie myślenia i rozumienia. Taką perspektywę przyjmują ci, którzy poprzez święte milczenie oczyścili swe serce i w niewypowiedziany sposób zjednoczyli się ze Światłem, czyli samym Bogiem. W ten sposób objawia się niemożliwa do oddania słowami i niepojęta tajemnica Boga. Widzi się Go w sobie samym niczym w lustrze.

A dla tych, którzy znaleźli się na tej drodze już daleko, owa „Boża cisza" staje się żywiołem, w którym potrafią oddychać zupełnie swobodnie i bez lęku.

- Czy taki stan osiągnął również święty Benedykt? - zapytałem.
- Tak przypuszczam. Papież Grzegorz Wielki pisze o nim przecież: „Kontemplacja była ważnym etapem jego drogi". Wielcy mnisi nie obracali się wokół własnego ego, lecz poprzez medytację próbowali zbliżyć się do wiecznej Prawdy. Aby móc do niej jednak dotrzeć, trzeba mieć w sobie wiele cierpliwości i pokory, a ponadto bez niestrudzonej modlitwy jest to niemożliwe.

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011