Link do wszystkich dokumentów

Sebastian Mihail - wypisy z Dziennika

Nigdy ludzie nie są bardziej interesujący niż w chwilach gwałtownych zmian politycznych. Z dnia na dzień zaprzeczają temu, co mówili wcześniej, modyfikują swoją postawę, łagodzą stanowisko, wyjaśniają, zapominają o sprawach dla siebie niewygodnych, pamiętają natomiast o rzeczach dla siebie korzystnych. Gdyby poprzestawali w procesie tych gwałtownych przemian tylko na tej odrobinie oportunizmu, byłoby to jeszcze do zniesienia. Ale w tym miejscu wkracza demon konsekwencji, który zmusza ich do wykazywania, że zarówno wczoraj, kiedy popierali stary reżym, jak i obecnie, kiedy ten stary reżym potępiają, są jednakowo „konsekwentni”.

„Żydzi oddają rowery” - wielki tytuł w popołudniówce. Mimo woli parsknąłem śmiechem. Przypomniałem sobie, chcąc nie chcąc dowcip o Żydach i cyklistach. Od jutra Żydzi mają płacić dwadzieścia lei za bochenek chleba, a chrześcijanie – piętnaście lei.

Ewentualny tytuł eseju: O fizycznej istocie kłamstwa. Należałoby pokazać, jak kłamstwo, choćby najbardziej oczywiste, narasta, rozgałęzia się, organizuje, jak staje się systemem, przybiera określoną postać, zdobywa punkty oparcia oraz w jaki sposób, na dalszym etapie, podporządkowuje sobie fakty, samo przekształca się w fakt i zaczyna wywierać przemożny wpływ nie tylko na całe otoczenie, ale na tego kto się go dopuścił.

Nie liczą się fakty, ale sposób ich widzenia (przynajmniej do czasu kiedy stają się nieodwołalne i nie pozostawiają miejsca na komentarze).

Gdyby mógł powstrzymać bieg wydarzeń tak, aby wojna trwała wiecznie, podczas gdy on K.P., zachowa swoje mieszkanie, służbę, pieniądze i poczucie osobistego bezpieczeństwa, zrobiłby to z radością.

Stosunki międzyludzkie, jeśli nie są oparte na konkretach, wyraźnie określonych interesach, stanowią puste, podświadomie wykonywane gesty. Każdy z nas żyje w samotności, niczym w szklanej kuli. Wymieniamy tylko słowa powitania, uśmiechy i to wszystko.

Gesty automatyczne, rutynowe, monotonne, udawana żywotność. Kryje się za tym wielka pustka, to znaczy moje życie. Czekam na koniec wojny. A co dalej? Na co wtedy będę czekał?

W końcu jest przecież tak, że ludzie zawsze widzą tylko to, co jest zgodne z ich punktem widzenia.

Przecież fakty są te same i dla Onicescu, i dla mnie. Czytamy te same gazety, jesteśmy świadkami tych samych wydarzeń, a jednak sprawy dla nas obu wyglądają zupełnie inaczej, jakbyśmy żyli na dwóch różnych planetach.

Skłonność do pamfletowego traktowania rzeczywistości przeplata się u mnie z obezwładniającym uczuciem obrzydzenia. Nieraz odczuwam nieodpartą potrzebę wygarnięcia wszystkiego co mi leży na wątrobie. Chciałoby się ukazać to całe szalbierstwo, bezwstyd, całą tą komedię graną przed naszymi oczami.

Być może oszukujemy się, sądząc że nasze pragnienie wolności podzielają wielkie masy ludzkie. Nam potrzebna jest wolność w rozumieniu jakie temu pojęciu nadał Montaigne: wolność intelektualisty, który broni prawa do samotności. Potrzeby chłopów, robotników, ludzi z „tłumu” są prostsze i bardziej przyziemne.

Czułem, że cokolwiek powiem, sprawa i tak jest już z góry przesądzona. Przesądzona z wysokości jego fotela, z powodu jego niewrażliwości, rutyny, obojętności. Jaka siła na świecie może wstrząsnąć obumarłym sumieniem sędziego o mentalności urzędnika?

Stracić wszystko, absolutnie wszystko, to w trzydziestym roku życia może nie być klęską, lecz świadectwem dojrzałości.

Nieco później przyjechała tam Marietta i wszyscy oburzali się na aresztowania i restrykcje, które ich zdaniem są głupie, arbitralne i nielogiczne. Miałem ochotę powiedzieć im, że tak właśnie wygląda dyktatura, której tak pragną, ale pod warunkiem, że nie uderzy w nich osobiście, a odwrotnie, im samym pozwoli wymierzać ciosy.

Jestem pisarzem, który nosił liberię. I pomyśleć, że są pisarze, którzy ginęli na stosie, nie chcieli bowiem ustąpić w sprawach jeszcze mniej istotnych niż moje.

„Jestem cywilem” - napisałem w eseju Jak zostałem chuliganem i byłem dumny z tego oświadczenia, które uważałem za deklarację wolności, niezależności i nonkonformizmu.

Musi być we mnie coś nieuleczalnie cywilnego, co instynktownie irytuje wojskowych.

tłumaczenie: Jerzy Kotliński