Link do wszystkich dokumentów




Jerzy Ł. Kaczmarek
W słowie i poza słowem. O poezji mistycznej Tadeusza Żukowskiego

Wiersze Tadeusza Żukowskiego, szczególnie pochodzące z jego trzech ostatnich tomików (Apokatastasis, Pieczęć świetlista oraz Królestwa wysokie), są przesycone mistycyzmem, to znaczy zawiera się w nich widzenie poza tu i teraz, próba dosięgnięcia rzeczywistości nadprzyrodzonej. I właśnie w tym jawi się trudność tej poezji i jej wewnętrzne rozdarcie, gdyż niezmiernie trudne (czy w ogóle możliwe?) są do pogodzenia te dwie sfery: mistyka i poezja. Bardzo trafnie ujął to mnich i poeta Thomas Merton, który przedstawił kiedyś w prosty sposób różnicę pomiędzy poetą a mistykiem. Ten pierwszy mianowicie zagłębia się w sobie, by tworzyć, natomiast ten drugi zagłębia się w Bogu, by być stworzonym.

Żywiołem poezji jest słowo, zaś mistyka wychodzi poza nie (stąd też bardzo trudno jest przekazywać innym ludziom doświadczenia mistyczne, o czym zaświadczają sami mistycy). Mimo to Żukowski próbuje połączyć te dwie sfery, próbując w swoich poszukiwaniach literackich zestroić dwie struny — poezji i mistyki. Mistycyzm daje się zauważyć w wielu miejscach tomików tego poznańskiego Poety. Chciałbym tutaj zwrócić uwagę na pięć takich obszarów, charakterystycznych dla poznania mistycznego.

Po pierwsze, Tadeusz Żukowski próbuje ująć całość rzeczywistości, by poprzez wielość dojść do Jedni. To bardzo znamienna postawa dla mistyków widzących przez moment, nagle, w błysku — całość. W wierszu „Latarnia” pojawia się taki moment widzenia: „Czasami widzę ciebie, czasami słyszę wołające Światło”. Owo całościowe widzenie rzeczywistości skutkuje przekraczaniem czasu, jak w wierszu „Podróż do początku XX wieku (12 grudnia 1907)”, czy też miejsca („Wyprawa nad jezioro Genezaret w Wielkopolskim Parku Narodowym”), gdzie wielkopolskie jezioro staje się jeziorem Genezaret, a tak naprawdę każdym jeziorem. Ostatecznym widzeniem staje się widzenie całości u jej zarania z wiersza „Kamienne lustro”: „I stało się, że ujrzałem Wszechmoc Praw przed nastaniem światów”.

W centrum poezji Żukowskiego znajduje się dążenie do miłosnego zjednoczenia, podobnie jak u mistyków, dla których nie wizje, ale jedność z Miłością staje się celem. W doświadczaniu miłości poznański Poeta dochodzi nawet do myśli o apokatastazie, czego wyrazem jest tytuł jednego z tomików: Apokatastasis. W wierszu „Dusza” dochodzi do zjednoczenia z Bogiem, które jest jednocześnie wyzwoleniem od własnego Ja:

Jestem, Jestem, Jestem — śpiewała dusza
(moja?).

Takie naturalne zjednoczenie przeżywa podmiot liryczny z utworu „Iskra
w żywiołach”:

Chłopczyk nie myśli „ja”. Widzi Jest, które Jest.
Zbliżanie się do Jedni wyraził Żukowski w wierszu „Rzeczywistość”,
pisząc:

Stało się na jawie, nie we śnie, że każda komórka,
każdy atom mojego ciała wołał jedną wielomiliardową
symfonią głosów: kocham — kocham — kocham...!

Po trzykroć kocham jest tutaj ostatecznym przypieczętowaniem dążenia  ku Wieczności, ku Bogu.

Droga do zjednoczenia z Bogiem wiedzie poprzez odejście od Ja, od egoizmu, od miłości własnej. Dopiero po tym oczyszczeniu może dojść do zjednoczenia. W wierszu „1 września 1989, Rzym” Żukowski pisze o tęsknocie, „by stać się Nikim i niczym”. Mistycy wyrażają stale to pragnienie, ażeby stać się „Nikim i niczym”, ponieważ wtedy staje się możliwe, żeby przemówił Ten, który Jest. Motyw walki z Ja pojawia się w wielu wierszach Tadeusza Żukowskiego. W utworze „Z obfitości labiryntów” Poeta wręcz błagalnym tonem woła:

...pomóżcie umilknąć „ja”
oślepionemu obfitością labiryntów?
Natomiast w wierszu „Nierzeczywistość” walka z własnym Ja przybiera dramatyczną postać:

...W nocy
pęka pod ciśnieniem nędzy minionego dnia
jądro Ciemności:
Ja.

I wylewają się ze snów purgatoria potłuczonych luster miłości własnej; ostatnie przyczółki złudzeń. Ucieczka od Ja jest głęboko zakorzenioną w chrześcijaństwie ucieczką od miłości własnej, od egoizmu. Oczyszczony człowiek staje się zdolny do daru z siebie, do ofiarowania siebie Bogu i bliźnim.

Ciężar własnego Ja z jednej strony, z drugiej zaś ciągłe dążenie do poznania Prawdy przybliżają Poetę do postawy obserwatora uwięzionego w Platońskiej jaskini. Widzi przesuwające się w niej cienie, ale próbuje również spojrzeć w Światło, by podjąć trud przekazania swojego widzenia dalej. Bardzo platońsko brzmi wers z wiersza „Doskonała dyskrecja”:

Kim zatem jesteśmy w sukienkach swych ciał?

W innym utworze, zatytułowanym „Cienie gałązek”, uwięzieni w jaskini nie próbują nawet dotrzeć do Prawdy, odwracając się świadomie od Źródła:

Najkrótsza historia wszelkich pokoleń.
Widziana po tej stronie; w domysłach.
Przez odwróconych od — Źródła.

Jedyną drogą, która może wyprowadzić z jaskini, jest droga zjednoczenia z Bogiem, gdyż, jak pisze Żukowski w wierszu „Oddychaj, bądź”:

Poza Nim
wszystko
jest —
celą.

Ostatnim wreszcie elementem w poetyckiej drodze mistycznej Tadeusza Żukowskiego jest mistyka codzienności, a więc dosięganie Nieba przez to, co zwykłe, codzienne, często naznaczone cierpieniem i ciemnością, jak w utworze „Latarnia”:

...Żyjemy w gęstwinie ciał
jak wodorosty na mrocznym dnie oceanu
i przebija się ku nam rozbłysk, blady promień
z Wysokości.

U Żukowskiego najdrobniejsze zdarzenia czy przedmioty stają się drzwiami do innego świata. Zwykłe drzwi zapamiętane z dzieciństwa otwierają się na inną rzeczywistość, gdyż nie można do niej dojść inaczej, jak tylko przez te zwykłe drzwi, łóżka, stoły. Takie drzwi pojawiają się w wierszu o znamiennym tytule „Mistyka pospolitych drzwi”:

Drzwi i tylko drzwi i nic nie było oprócz tych od dziecka
Doznawanych drzwi. Tylekroć przebiegamy ich nagi próg,
A one nieugięcie zatrzaśnięte są. W nas. Do źródlanej Jedni.

Czasami drzwi się uchylają w najmniej oczekiwanym momencie i nagle, w jednej chwili ogarnia nas Światło Miłości, o czym możemy przeczytać w utworze „Spotkanie w uliczce światła (Rodos)”:

Znowu JESTEŚ podnosząca mnie na wysokość
Swych oczu, Miłości.

Twórczość Tadeusza Żukowskiego jest próbą pogodzenia mistyki i poezji. To szlachetne działanie ma jednak swą cenę, a jest nią cierpienie, odczuwanie bólu sprzeczności. Znakomitą tego ilustracją jest fragment wiersza „Dwa ostrza”:

I życie moje jest
wędrówką ślimaka
po nieskazitelnym ostrzu
obosiecznego miecza.

Mimo wszystko jednak zmagania te przynoszą owoc — są nim okruchy wizji, które pojawiają się w poszczególnych utworach, odblaski rzeczywistości, które już nie należą do tego świata. To dla czytelnika tej poezji największe wyzwanie: pojąć zapis tego, co wymyka się zapisowi. Żukowski jednak — dla siebie i dla odbiorcy swojej twórczości — stawia to ogromne zadanie.



Tadeusz Żukowski
Poeta i filozof

1. Odpowiadając na pytanie o chęć przemienienia się w filozofa, aby „w nieco bardziej uporządkowany, dookreślony, jednoznaczny sposób przedstawić to, co wyrażają moje wiersze, najlepiej zacząć „od początku”, czyli od tego, że jak „okiem dziecka” sięgnę, świat objawiał mi się w „rozbłyskach pełni”, które mnie „do szpiku duszy” zadziwiały; zdumiewały i uwodziły. Aż któregoś letniego, słonecznego dnia, w blasku krystalicznego światła i cichego nadmorskiego powiewu, gdy byłem może w 10. roku życia, usłyszałem, stojąc na poniemieckim bruku podwórka w Trzebiatowie (Treptow am Rega) wewnętrzny (?) łagodny Głos, który był też jak zewnętrzne światło i tchnienie nadbałtyckiego wiatru: — Niebawem ogarnie cię ogień, który będzie ciebie spalał już do końca życia. Odpowiedziałem, w odruchu woli, natychmiast i z najgłębszym przekonaniem: — Jeśli tak musi być, niechaj będzie. Odwróciłem się, z jakiegoś chwilowego znieruchomienia-zapatrzenia, „na pięcie” i pobiegłem do dziecięcych zabaw, po nowe chłopięce doświadczenia.

Gdy dzieciństwo przeszło w okres młodzieńczych „procesów górotwórczych” oraz „burz i sztormów” dojrzewania, już nie pamiętałem o duchowej zgodzie na ogarnięcie przez zapowiedziany, jak pojawienie się jeszcze jednego wymiaru przestrzeni, tajemniczy, ale jakby wtedy oczywisty, ogień / Ogień. I oto w osiemnastym roku życia, pod koniec letniej kanikuły, przebiegłem przez to samo podwórze przy ul. Kościuszki 17a, otworzyłem drzwi na parterze oficyny i wszedłem do dużej, pustej, chłodnej „repatrianckiej” kuchni. Byłem sam w mieszkaniu. Zaskoczony przez klimat schłodzonego wyciszenia spojrzałem w stare, przywiezione spod Królewca, lustro wiszące na ścianie przy drzwiach i — ...niemalże osłupiałem. W lustrze zobaczyłem nie własne odbicie — lecz zdeterminowaną twarz Sybiraka: mojego ojca Jana (1907–1993), do tego w ujęciu jakby trójwymiarowym i o wiele starszą. Byłem tym doświadczeniem tak zszokowany, że napisałem wiersz. Ale nie o nim, lecz o matce czeszącej włosy w lustrze. Na „porażające” doświadczenie z ojcem nałożyłem balsamiczną, kojącą twarz Adeli (1918–1999). Wiersz posłałem do szczecińskiego miesięcznika „Spojrzenia”, który staraniem Erazma Kuźmy ukazał się na rozkładówce „Młody Szczecin literacki” w grudniu 1973 r. Tak zostałem poetą: metafizycznym, potem mistycznym, ale też i, według Sergiusza Sterny-Wachowiaka, Rzeczywistym...

Począwszy od szczecińskiego debiutu, powtórzonego w 1977 r. w poznańskim „Nurcie”, najczęściej opisywałem doświadczenia, które mnie przerastały i które nie dawały się opisać „normalnym”, dyskursywnym językiem. Na przykład, maturzysta, zwierzałem się w liście do Kuźmy, że sięgam po pióro, gdy dostrzegam „pęknięcie” w rzeczywistości, poprzez które „prześwieca” inna (nadrealna, duchowa, niewidzialna) rzeczywistość. Często mijały lata, nim potrafiłem znaleźć język dla przywołania (nad-i-pod) światów, które były poza możliwościami „uobecniającego opisu”. A tylko taki, przekraczający własne determinacje, język mnie interesował; język poetycki jako sposób zapisu (przybliżenia) jedności rzeczywistego-i-Rzeczywistego. Takich możliwości, co oczywiste, nie dawał język prozy artystycznej, eseju czy dyskursu filozoficznego. Pamiętam, że zapytany, jako student pierwszego roku poznańskiej polonistyki, jak pojmuję powołanie poety i poezji, odpowiedziałem, że interesuje mnie CAŁOŚĆ i właśnie w tej perspektywie postrzegam własne poszukiwania języka poetyckiego. W odpowiedzi usłyszałem, że to niemożliwe; że język ogarniający „wszystko” nie istnieje. Jednakowoż moja wizja CAŁOŚCI to nie było i nie jest nawet nieskończone, choć ograniczone, Wszystko. Tak więc pozostałem wierny tej mistycznej, jak się potem okazało, obsesji, by poszukiwać jednorodnego ŹRÓDŁA tak wszechstronnie zróżnicowanej rzeczywistości / Rzeczywistości.

Z tego, co bardzo skrótowo powiedziałem, wynika, że poeta to ten, który poszukuje języka, który nazwie jego niepowtarzalne, przekraczające wszelkie standardy i schematy doświadczenie Innego, Nowego, Nienazwanego. A cóż dopiero, gdy przebłyskuje w nim i przed nim w jednoczesności zmysłów, psyche, umysłu i ducha — PEŁNIA–CAŁOŚĆ–JEDNIA. Wtedy, po latach starań, zmagań z oporną materią linearnego języka, trzeba umieć połączyć w poetyckie dzieło rozum, intuicję i duszę; obraz, widzenie i wizję; rytm, intonację i wersyfikację; porównanie, metaforę i epitet; filozofię, teologię i mistykę; muzykę, malarstwo i literaturę. Trzeba stworzyć niepowtarzalny, jedyny i mobilny język artystyczny, który jak teleskop przybliżyłby zapierające dech kosmiczne (duchowe) wszechświaty. Bowiem zapamiętałem z lektur młodości wezwanie Wielemira Chlebnikowa, że ambicją Poety winno być „WŁAMANIE DO WSZECHŚWIATA”. A tego nie potrafi, bo nie ma tak wydoskonalonych narzędzi jak Poezja — filozofia. Pamiętajmy też, że Czesław Miłosz powiedział, iż poeta winien przeczytać, co ma do powiedzenia filozofia, a potem o tym zapomnieć.

2. Odpowiem teraz na drugie pytanie, które, przypomnę, brzmi:

Czy nie dostrzega Pan niebezpieczeństwa, że czytelnik o niezbyt rozwiniętej sferze duchowej, o której we współczesnym zlaicyzowanym świecie zapomniano, a zainspirowany Pańskimi wierszami zechce również doświadczyć uniesień mistycznych, jednakże, nie będąc wprawionym w ćwiczeniach duchowych, może rozczarować się niepowodzeniem i utwierdzić w przekonaniu, że wiara w transcendencję oraz możliwość dotarcia do niej jest niczym nieuzasadnionym, naiwnym życzeniem, a jedyna prawdziwą rzeczywistością jest to, co tu i teraz?

W zdaniu tym zawartych jest tak wiele pytań i problemów, że doprawdy trudno na nie zwięźle, a cóż dopiero wyczerpująco, odpowiedzieć. Przywołany już przeze mnie Miłosz wszak wymownie i dobitnie przestrzegał przed wszelkim pochopnym uogólnieniem, a czynił to także filozof Leszek Kołakowski. Bowiem jak rozumieć sformułowanie „czytelnik o niezbyt rozwiniętej sferze duchowej” czy „o której we współczesnym zlaicyzowanym świecie zapomniano”. Dotyczy to także „doświadczania uniesień mistycznych”, „wiary w transcendencję oraz możliwości dotarcia do niej”, jak i tego, że „jedyną prawdziwą rzeczywistością jest to, co tu i teraz”.

Zacznijmy zatem od końca: czy rzeczywistość jest jedyna i prawdziwa? A cóż to takiego „tu” (przestrzeń) i „teraz” (czas)? Poezja, w moim rozumieniu, a zatem moja poezja, to nieustanne, choć często milczące, zadawanie pytań temu, co w zrutynizowanym otaczającym mnie świecie zachodniej cywilizacji (w jej wydaniu środkowo-wschodnio-europejskim) objawia się jako oczywiste, zbanalizowane, zredukowane, pospolite czy nijakie, a zatem pozbawione waloru rewelatorskiego, czyli zadziwienia, które jest źródłem i sztuki — i filozofii.

Tak więc, jak sięgnę pamięcią, źródłem moich „uniesień mistycznych” było i jest zwykłe-niezwykłe zadziwienie istnieniem, w którym — nie wiadomo kiedy i jak, i po co — się znalazłem. Podam przykład: jako 5-letni chłopiec, w poczuciu złamania tabu rodzicielskich zakazów, wybrałem się na drugi koniec pomorskiego miasteczka, by po przejściu przez dwa poniemieckie mosty dotrzeć na miejskie złomowisko za przejazdem kolejowym na Kołobrzeg. I doznałem czegoś dla dziecka niepojętego, choć ten świat był najoczywistszym banałem dla dorosłych: objawienia przeobfitości, nadmiaru, królewskiego obdarowania. W słońcu rozbłysły całe góry mosiężnych i miedzianych łusek po wystrzelonych pociskach na okolicznych poligonach. Jakby się otworzyły bramy raju („Sezamie, Sezamie, otwórz się... czytałem później) i jego złote, żywe światło objęło mnie w posiadanie i jakby jednocześnie tylko mnie się ofiarowało.

Te „rozszerzone stany świadomości”; owo widzenie jakby w innym wymiarze?, dodatkowym „duchowym okiem”? nawiedzało mnie nagle w najbanalniejszych, zdawałoby się „okolicznościach przyrody”, że zacytuję żartobliwe określenie z filmu „Rejs”. Na przykład wiosną w nadmorskim lesie, na wozie z sianem któregoś sierpniowego lata, w jesiennym parku na pierwszej platonicznej randce czy w zapatrzeniu w majową wodę repatriacyjnej przeczystej

Regi w roku 1958. Albo gdy autobusem PKS, licealista, wracałem ze szkoły w powiatowych Gryficach, i autobus podskoczył na torach w Górzycy, a ja zobaczyłem wszystko w perspektywie „rozbieżnej” (nie-renesansowej), a więc świat przed sobą, za sobą, nad sobą i pod sobą — jednocześnie! Jakbym był kulą — WIDZENIA. Było to zdziwienie-i-przerażenie. Już sam lęk poczułem, gdy na pierwszym roku studiów, pochylony nad książką Tadeusza Konwickiego Kalendarz i klepsydra, w czytelni studenckiej Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu opuściłem własne ciało i znalazłem się pomiędzy nim i siedzącą obok Magdaleną, a jednocześnie — ponad. Moje własne ciało wydało mi się tak absolutnie obce, że z przerażenia wróciłem do niego z powrotem.

Nie wiedziałem, że jestem mistykiem, że doznaję przeżyć mistycznych; wydawało mi się, że przydarza się to każdemu. Ale nie potwierdzała tego w wieloletnich rozmowach moja dziewczyna, narzeczona, a później żona Magdalena, też studentka polonistyki, a później absolwentka UAM. Dopiero w 1982 r., gdy złożyłem do publikacji w miesięczniku „W drodze”, u poznańskich dominikanów, wiersz (biały sonet) „List do biegnącego w Słońcu” — o. Marcin Babraj powiedział: — Tadeusz, ty jesteś mistykiem... Wtedy po raz pierwszy w życiu usłyszałem, że jestem „kimś Innym” i — zacząłem przyglądać się temu słowu, temu terminowi; zacząłem czytać mistyków wydawanych przez Wydawnictwo „W drodze”. Zacząłem bardzo powoli, a jednocześnie z zachwytem-niepokojem, znajdować z nimi, i innymi pisarzami duchowymi, narastającą symetrię różnicy i jedności.

Pogłębiałem zatem wspólnotę z ludźmi słowa/Słowa: poetami, pisarzami, eseistami i filozofami. Rzeczywistość stworzona (wcielona) jak i rzeczywistość objawiona (w słowie, w snach i pomiędzy stanami świadomości, nad i podświadomości) wyjątkowo mocno mnie zajmowała, gdyż spalało mnie przemożne pragnienie poznania PRAWDY: kim jestem, skąd jestem, po co jestem; czym jest to, co mnie otacza (czas, przestrzeń, rzeczy, relacje pomiędzy nimi). Bardzo zajmował mnie drugi człowiek, np. znakomity poeta surrealizująco-ludowy Wincenty „Witek” Różański, i tajemnica; osoby i Osoby.

Stąd pragnienie dialogu, rozmowy, porozumienia i wspólnoty, której powinna chcieć też druga strona: Czytelnik. Wyraziłem to w tekście-manifeście: „Poezja żywego dialogu”, który opublikowałem w 1981 r. na łamach poznańskiego „Nurtu”. Poszukiwałem owego dialogu w świecie i w świecie wiersza; w nim począwszy od poziomu rytmu, intonacji, instrumentacji — poprzez wewnętrzne rymy, przerzutnie, metafory, obrazy i porównania — aż do aluzji, parafrazy, ukrytego cytatu, jawnego motta itd. Cała moja twórczość jest zatem pytaniem, dialogiem, rozmową o światach osobnych i wspólnych; jest też poszukiwaniem umiejętności obdarowywania się wspólnotą osobnych światów, które wciąż redefiniują człowieka i nieogarnioną rzeczywistość/Rzeczywistość, która go wypełnia i otacza, wciąż się mnożąc i przyrastając, na wzór ewoluującego Wszechświata.

Za: SENSUS HISTORIAE
ISSN 2082–0860
Vol. VII (2012/2)