Link do wszystkich dokumentów


Fernando Pessoa i vipassana depersonalizacji

Znaleźć osobowość w utracie osobowości – sama wiara gwarantuje sens tej misji.


Termin „depersonalizacja” jest używany przez psychiatrię i psychologię do opisania pewnego rodzaju zaburzeń osobowości. Bez wątpienia jest faktem, że określone zaburzenia osobowości występują, ale czy termin depersonalizacja jest użyty właściwie? Weźmy przykład dekomunizacji. Gdyby zaraz na początku lat dziewięćdziesiątych przeprowadzono w Polsce dekomunizację to Kwaśniewski miałby zakaz obejmowania stanowisk publicznych i nie mógłby zostać prezydentem. Albo-albo, jak mawiał Kierkegaard; albo prezydent Kwaśniewski albo dekomunizacja. Tak samo, jeżeli mamy zaburzenia osobowości, to jest jasne, że jest tu jakaś osobowość, więc nie można mówić o pełnej depersonalizacji. Trzymając się ściśle znaczenia słów, termin „depersonalizacja” powinien być używany tylko w przypadkach całkowitego zaniku osobowości, wtedy gdy znika wszelki po niej ślad.

Ale do czego zmierzam? Otóż to, że dekomunizacja jest lepsza od Kwaśniewskiego, tego inteligentnemu człowiekowi nie trzeba tłumaczyć. Jednak nawet inteligentny człowiek (jeżeli będziemy się trzymać zwykłych standardów) może się zawahać, by przedłożyć depersonalizację (w ustalonym przez nas znaczeniu) nad osobowość, a zwłaszcza wtedy, gdy będzie chodziło o jego osobowość. Moim zamiarem zatem jest przedstawienie zalet depersonalizacji jako stanu pod każdym względem górującego nad osobą. Postaram się przedstawić depersonalizację nie jako ciekawostkę o której po przeczytaniu się zapomina, ale jako ostateczny cel ludzkich dążeń, jako stan praktycznie pozbawiony alternatyw, gdyż wszelkie inne personalne możliwości, nierozerwalnie związane są z cierpieniem. A ponieważ to czy w danej dziedzinie czegoś się nauczymy, w znacznej mierze zależy od nauczyciela jakiego sobie wybierzemy, będę się wspierał gdzie tylko się da cytatami z Księgi Niepokoju by zarekomendować praktykującym vipassanę Fernando Pessoę jako „kaznodzieję wyrzeczenia”. Wyrzeczenie jest niezbędnym elementem vipassany, a co ciekawe, współcześni nauczyciele wydają się jeżeli nie zapominać, to lekceważyć ten istotny aspekt medytacji.

Pessoa, gdyby się trzymać jego bezpośredniej wypowiedzi - i oczywiście zakładając, że to on mówi ustami Bernardo Soaresa – swoją misję pedagogiczną widział dość skromnie.

Jeżeli ci, którzy mnie przeczytają, nauczą się – oczywiście stopniowo, tak jak tego wymaga problem – nie reagować w żaden sposób na cudze spojrzenia i opinie, rozjaśni to w wystarczającym stopniu scholastyczną strategię mojego życia.

Chcę, aby moja życiowa działalność skupiała się przede wszystkim na uczeniu innych tego, by odczuwali coraz bardziej dla samych siebie, a coraz mniej przestrzegali dynamicznego prawa grupy ... Wpajanie tej duchowej antyseptyki, która broni przed zakażeniem wulgarnością, wydaje mi się najszlachetniejszym celem pedagoga-internisty, za którego chciałbym się uważać.

Dla praktykującego medytację wglądu, zaadoptowanie tej intelektualnej postawy niezależności od powszechnie panujących opinii, bycie odpowiedzialnym za swoje poglądy, jest praktycznie koniecznością, o ile zamierza on przy pomocy vipassany dokonać jakiegoś postępu. Ale to nie jedyna zaleta przyjęcia proponowanej przez Pessoę postawy. Otóż początkujący na drodze vipassany, który chce się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat, ma problem, gdzie szukać informacji? Odpowiedź Pessoi jest prosta: opinie powszechnie akceptowane jako prawdziwe, są bardzo często błędne.

Myślenie zbiorowe jest głupie, ponieważ jest zbiorowe, nic nie może przekroczyć granic zbiorowości, nie zostawiając na rogatkach – niczym podatku drogowego – większości ładunku inteligencji, który ze sobą wiezie.   

Postawa Pessoi stoi na antypodach mahajany, gdzie obowiązują ślubowania wyzwolenia wszystkich istot. Jak się ma takie zdanie o większości ludzi co Pessoa, to nie ma się nawet ochoty na dyskusję z nimi, nie wspominając już nic o ich wyzwalaniu. Większość przeważnie się myli, jest głupia i kocha swoje zniewolenie. W odwiecznej dialektyce pustelnika: 'pogarda czy współczucie dla ciemnych mas?', portugalski autor skłania się raczej ku pogardzie. Oczywiście, u „twórcy obojętności” jest to pogarda czysto intelektualna nie zabarwiona emocjonalnie, płynąca raczej z zadziwienia; choć powodująca nudności.

Tylko jedna rzecz olśniewa mnie bardziej niż głupota z jaką większość ludzi przeżywa swe życie: to inteligencja, która zawiera się w tej głupocie.

Mdli mnie pospolita ludzkość, która jest, skądinąd, jedyną ludzkością, jaka istnieje. I czasami z rozmysłem potęguję w sobie te mdłości, tak jak czasem ktoś zmusza się do wymiotów, aby położyć kres mdłościom.

Zatem powinniśmy bardzo uważać na to co większość uznaje za prawdziwą Dhammę i poprawną medytację, bo jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że idąc z tłumem, zgubimy się. Elitaryzm Pessoi jest dość orzeźwiający, ale przecież Ortega y Gasset o Masie czy Le Bon o Tłumie sądzili podobnie i z całym dla nich szacunkiem, nikt nie zaproponował ich jako nauczycieli vipassany. Czytając wstęp do Księgi niepokoju napisany przez Michała Lipszyca, odnajdziemy tam ciekawą opinię o Pessoi: „Mamy prawo przypuszczać, że konsekwentnie dezintegrując swoją osobowość poprzez mnożenie sztucznych „ja”, w których imieniu pisał, dążył (między innymi) do uchwycenia prawdziwej istoty jaźni lub – jak kto woli – do zdemaskowania jej jako wielopiętrowej fikcji”. O ile tak rzeczywiście mogło być, my jednak wychodzimy z założenia, że Pessoa już zdemaskował jaźń jako twór fikcyjny, choć nie podejmujemy się wyjaśnienia powstania „heteronimów” Pessoi. Być może stała za tym chęć zapełnienia wolnego czasu.

Jeżeli nawet przyjmiemy, że jest coś takiego jak depersonalizacja i założymy, że niektórym jednostkom udało się ją przeprowadzać do końca, bądź też choćby podważyć stabilność jaźni, dlaczego nie uznać ich za nieszkodliwych dziwaków i nie zwracając na nich uwagi, dalej angażować się w nasze poważne sprawy związane z poprawą otaczającego nas świata, aby był on miejscem miłym i przyjemnym. Tu musimy zastanowić się nad naturą doświadczenia. Ja jako osoba pragnąca szczęścia staram się odpowiednio determinować mój świat, tworząc go w oparciu o ważne dla mnie rzeczy, niech to będzie dom, rodzina, dobra praca przynosząca dużo pieniędzy, itd. Wszystkie te rzeczy mogą dostarczyć wiele satysfakcji czy nawet szczęścia. Tkwi w nich tylko jeden fundamentalny problem, mianowicie są one nietrwałe. A to rodzi ból. Co więcej, strukturalnie rzecz biorąc, wszystkie te rzeczy są trwale nietrwałe, co oznacza, że angażując się w nie emocjonalnie, praktycznie skazujemy się na ból i cierpienie. A jednak większość ludzi bezrefleksyjnie idzie właśnie w tym kierunku. Jaki stąd wniosek?

Irytuje mnie szczęście tych wszystkich ludzi, którzy nie wiedzą, że są nieszczęśliwi.

Paradoksalne zdanie, wynikające jednak z głębokiej prawdy życiowej. Istnieje cierpienie, o którym ludzie nie wiedzą, że jest cierpieniem. Jest to związane z tym o czym wspominaliśmy przed chwilą, tj brakiem wglądu w strukturalną nietrwałość doświadczenia. Takie „nie widzenie rzeczy jakimi są”, nie jest jednak czymś absolutnym i niezależnym od innych warunków. Musi być wspomagane przez samooszukiwanie się. Tu tylko dygresja; polecam bardzo ciekawą książkę Złudzenia które pomagają żyć. Można się z niej dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy, między innymi, jak pokazały badania, osoby uważane za zdrowe psychicznie mają dość nierealistyczną wizję swojej sytuacji, i co ciekawe, złudzenia takie opadają ze "zdrowych" dopiero podczas depresji. Chory na depresję widzi jaśniej! Czy nie świadczy to o konieczności podjęcia redefinicji zdrowia psychicznego? Bynajmniej nie po to by uznać typy depresyjne za okazy zdrowia, jednak zdrowie osoby powszechnie uznanej za normalną, w tym świetle wydaje się łatwe do zakwestionowania.

Vipassana właśnie dlatego jest taka trudna, że walczymy nie z jakąś obiektywną niewiedzą, musimy raczej rozpoznać, że oszukujemy samych siebie. A to jest znacznie trudniejsze, gdyż wiąże się z bólem, okłamujemy samych siebie, bo chcemy się samooszukiwać, gdyż prawda wydaje się nam bolesna.

Im dłużej myślę o naszej zdolności okłamywania samych siebie, tym obficiej przesypuje mi się przez palce drobny piasek pokruszonych pewników.

Gdyby ludzie rozważyli głęboko tajemnicę życia, gdyby byli w stanie poczuć tysiące złożoności, które szpiegują duszę w każdym szczególe działania, to nigdy nie mogliby działać; nie mogliby nawet żyć. Zabiliby się ze strachu, jak ci, którzy popełniają samobójstwo, żeby nie pójść następnego dnia na gilotynę.

Zauważam też, że jedyna różnica między życiem ludzi i życiem zwierząt to sposób, w jaki się okłamują lub w jaki nie pojmują swojego losu.

Życie byłoby nieznośne, gdybyśmy go byli świadomi. Na szczęście nie jesteśmy. Żyjemy z taką świadomością jak zwierzęta, tak samo jałowo i bezużytecznie; i jeśli mamy jakąś wizję śmierci – której one, przypuszczalnie, choć wcale nie na pewno, nie mają – to jest to wizja przesłonięta taką sklerozą, tyloma unikami i zmianami tematu, że trudno powiedzieć, abyśmy o niej myśleli.

Czas przejść do metody jaką proponuje Pessoa, w końcu każdy nauczyciel vipassany oferuje jakąś metodę. Sprawa jest taka, że przecież nie oszukujemy się bez powodu, jeżeli mamy zrezygnować ze zwodzenia samych siebie, to musi być nam zaoferowane coś innego, co dawałoby przyjemność. Ludzie oszukują siebie samych bo nie widzą alternatywy, a gdy ich złudzenia opadają to pojawia się depresja. Tak wcale nie musi być. Pessoa proponuje widzenie świata jako sen.

Śpimy a to życie jest naszym snem – nie w sensie metaforycznym lub poetyckim, lecz w sensie rzeczywistym.

Jestem niemal pewny, że nigdy nie żyję na jawie. Nie mogę wykluczyć, że śnię, kiedy żyję, że żyję, kiedy śnię; nie wykluczam też, że życie i sen są we mnie przemieszane, splecione, a z ich połączenia tworzy się moje świadome ja.

Zawsze kiedy widzę kogoś śpiącego, przypominam sobie, że wszystko jest snem. Zawsze, kiedy ktoś mi mówi, że śnił, zastanawiam się, czy nie przyszło mu do głowy, że nigdy nic innego nie robił.   

Czy rzeczywiście życie ma naturę snu? Być może. Na pierwszym miejscu jednak nie chodzi nam o ustalenie jaka jest tutaj obiektywna prawda, lecz o rezultaty jakie płyną z tej praktyki:

Jeżeli postrzegamy ten świat jako złudzenie lub zjawę, możemy też postrzegać wszystko, co nam się wydarza, jako sen, coś co udawało, że istnieje, dopóki spaliśmy. Wówczas rodzi się w nas subtelna i głęboka obojętność wobec wszystkich życiowych przykrości i niepowodzeń.  

Praktyka widzenie wszystkiego jako snu, rodzi oderwanie i uspokaja umysł. Tak przygotowani, możemy wzmożyć nasze wysiłki w celu rozpoznania fikcyjności „ja”, czy „mnie” jako osoby, która właśnie tu i teraz medytuje by rozpoznać, że „mnie” nie ma. Tak, to faktycznie nie wygląda na prostą sprawę. Być może pomocna będzie jakaś podpowiedź. 

Myślę, że nikt tak naprawdę nie dopuszcza możliwości rzeczywistego istnienia drugiej osoby.

Jednym z moich stałych zajęć, jest zastanawianie się, jak mogą istnieć inni ludzie, jak to możliwe, że istnieją dusze, niebędące moją duszą, świadomości obce mojej świadomości, która – będąc świadomością – wydaje mi się jedyna.

Gdzie indziej, rozwiązanie tego paradoksu Pessoi, sugerowaliśmy w ten sposób: W ostatecznej analizie (danej przy obecności ignorancji) jest tylko jedno 'Ja'. Psychologów czy psychoanalityków ega innych ludzi są fikcyjnym kompromisem, złudnym pomnożeniem unikalnej złudy”. Widząc w ten sposób, nie ma sensu bezpośrednio atakować jaźni, to co trzeba zobaczyć na początku, to błędność procesu identyfikacji:

Istnieć znaczy wypierać się. Czym innym jestem dzisiaj, niż wyparciem się tego czym byłem wczoraj? Istnieć znaczy przeczyć sobie. Nic lepiej nie symbolizuje życia niż notatki w gazetach, dementujące dzisiaj to, co te same gazety pisały wczoraj.

Identyfikujemy się z pewnymi obiektami, ale co jakiś czas z uwagi na ich nietrwałość, albo trzeba wprowadzać korekty do tych identyfikacji, albo szukać całkiem nowych. „Jestem tym, to jest moje”, te pojęcia nierozerwalnie związane z jaźnią są stabilne, zmieniają się tylko obiekty identyfikacji, innymi słowy:

Na tym balu maskowym, w którym uczestniczymy, wystarcza nam świadomość naszego przebrania, które jest wszystkim. Jesteśmy sługami świateł, barw, pląsamy w tańcu jak w prawdzie i nawet nie jest nam dane – chyba, że osamotnieni nie tańczymy – poznanie wielkiego chłodu zewnętrznej nocy, śmiertelnego ciała pod łachmanami, które ciało przeżyją i tego wszystkiego co uważamy za swoją najgłębszą istotę, a co w rzeczywistości jest tylko wewnętrzną parodią naszych rojeń o sobie.   

Oczywiste niespójności w naszych poszczególnych identyfikacjach, są skrywane przez „prawo Pessoi”:

Oto prawo: to, co nie może być wyjaśnione, musi być zapomniane.   

 
Kierowany pragnieniem, zwykły człowiek wciąż ponawia z góry skazane na niepowodzenie próby odnalezienia swego „prawdziwego ja”, identyfikacji która byłaby trwała i zapewniła mu stałe szczęście. Pessoa opisał to poetycko tak:  

Chcę się odnowić, istnieć – i podsuwam szyję pod życie jak pod wielkie jarzmo.

Jedyna droga to rezygnacja z osobowości, w której samej naturze leży zawłaszczanie i identyfikacja.

Dla wybitnie inteligentnego człowieka nie ma dzisiaj drogi innej niż droga abdykacji.

Jesteśmy, kim nie jesteśmy, a życie jest krótkie i smutne.  

 
A jednak, można uniknąć smutku, wraz z powstrzymaniem się od identyfikacji, od ślepego pędu by stać się kimś, możemy stać się nikim. A człowiek Nikt nie ma osobistych problemów. Należy tylko wziąć przykład z portugalskiego pisarza
i asystować incognito przy stopniowym obumieraniu naszego życia, przy powolnym rozkładzie wszystkiego czym chcielibyśmy być. 

Depersonalizacja nie jest nihilizmem, nihilizm zwalcza prawdziwe wartości, podczas gdy proces depersonalizacji rozkłada tylko nasze złudzenia. Jest coś co nigdy nie było żadną osobą, coś co nie rodzi się ani nie umiera. Jedni mówią, że to Bóg. Jednak, gdy przyjrzymy się bliżej:

Może okazać się, że to co nazywamy Bogiem i co w tak oczywisty sposób sytuuje się w innym planie, który nie podlega ani logice ani czasowej i przestrzennej rzeczywistości, jest jednym z naszych sposobów istnienia, naszym odczuwaniem samych siebie w innym wymiarze bycia.

Jestem dziewiczą sceną, na której różni aktorzy odgrywają swoje przedstawienia.

Stan depersonalizacji można osiągnąć przez nie-identyfikację wspieraną oderwaniem i zobojętnieniem na świat fenomenów:

Oto moja moralność, moja metafizyka, lub moje ja: być przechodniem wobec wszystkiego, nawet wobec własnej duszy, nienależącym do niczego, niepragnącym niczego, będącym niczym – abstrakcyjnym centrum bezosobowych doznań, przewróconym czującym lustrem, które odbija różnorodność świata. Nie wiem czy jestem z tym szczęśliwy, czy nieszczęśliwy. I nie obchodzi mnie to.

Wstrzymując się całkowicie od działania, traktując wszystko obojętnie, udaje mi się widzieć świat zewnętrzny (kiedy poświęcam mu uwagę) z doskonałą obiektywnością. Skoro nic mnie w nim nie absorbuje ani nie daje powodu by go odmienić, nie odmieniam go.

Nie pragnąć zrozumieć, nie analizować ... Postrzegać się jako część natury, obserwować swoje wrażenia jak łąkę – to jest prawdziwa mądrość.

W Suttach buddyjskich ci, którzy osiągnęli pełne wyzwolenie, często deklarowali to powołując się na trzy rozróżnienia, twierdząc, że wyzwolony jest od nich wolny. Jakie trzy? Jestem lepszy, jestem gorszy, jestem równy. Jakie zrozumienie tego posiada Pessoa?

Cezar mówiąc: „Lepiej być pierwszym we wsi niż drugim w Rzymie!”, uchwycił w pełni naturę ambicji. Ja nie jestem niczym ani we wsi, ani w żadnym Rzymie. Kierownik spożywczego na rogu jest przynajmniej szanowany od Rua de Assuncao do Rua de Vitana; jest Cezarem miejskiego kwartału. Jestem od niego lepszy? W czym, jeśli bycie niczym nie pozwala mi ani na wyższość ani na niższość, ani nawet na porównywanie się? 

Paradoks z Dhammapady Jego własne ja nie należy do niego. (Dhammapada v,3 <Dh.62>) został przez Pessoę zobaczony i zneutralizowany:  

Miłość chce posiadania, jednak nie wie, czym jest posiadanie. Jeżeli ja nie należę do siebie, to jak mógłbym należeć do ciebie albo ty do mnie? Jeśli nie posiadam własnej jaźni, to jak mógłbym posiadać cudzą?  

 
I tak: Większość ludzi – jeśli nie wszyscy – wiedzie żałosne życie, żałosne we wszystkich radościach, żałosne we wszystkich smutkach, z wyjątkiem tych, które łączą się ze śmiercią, bo w nich ma swój udział tajemnica. Realizując pełną depersonalizację możemy wymknąć się śmierci, bo przecież umrzeć można tylko wtedy, gdy obecna jest identyfikacja z tym co śmiertelne. Teraz mamy szansę. Obyśmy nie byli tymi o których Fernando Pessoa powiedział: Przepłynęli jak śmiecie po rzece życia. 

Ten artykuł, oczywiście był tylko dla praktykujących vipassanę, którzy inaczej, być może nigdy nie sięgnęliby po Księgę niepokoju. Całkiem odrębną sprawą są zdolności literackie kaznodziei wyrzeczenia, wspomnę tu tylko o pięknej ambicji osiagniecia zapomnienia, godnej człowieka Nikt: ...  niech nie zostanie ze mnie nawet cień, który by plamił moim wspomnieniem to, co miałoby przetrwać.


Wszystkie cytaty pochodzą z Księgi niepokoju  tłumaczenia Michała Lipszyca.