Link do wszystkich dokumentów

Ignacy Nowopolski


PRL a III RP próba oceny obyczajowej

 23. 08. 2011

Polska weszła w okres PRLu pozbawiona praktycznie swych elit. Skoordynowane wysiłki Niemiec i Rosji w okresie II Wojny Światowej doprowadziły do zupełnego wymordowania jej przedstawicieli. Stan ten w sposób zasadniczy zaciążył na dalszych losach naszej Ojczyzny. 
 
Naród bez elit, będących naturalnym depozytariuszem jego wartości cywilizacyjnych, kulturowych i etycznych, jest jak człowiek pozbawiony głowy. Dobrze zdawali sobie z tego sprawę okupanci inicjując programy eksterminacji polskich elit. Oświęcimski obóz zagłady miał w swym pierwotnym założeniu służyć powyższemu celowi. 
 
Administracyjny zakaz ponadpodstawowego kształcenia pozostałej przy życiu ludności polskiej, miał zagwarantować „rasie panów” tanie i niekonfliktowe źródło siły roboczej.  Niewątpliwy sukces obu okupantów w wyżej przedstawionej sprawie nie był jednak pełny. Nie udało się bowiem dokończyć eksterminacji warstwy średniej polskiego społeczeństwa tzw. inteligencji. Warstwa ta kierowała się nadal starą polską zasadą „Bóg, Honor, Ojczyzna” i nadal mogła stanowić wzór do naśladowania dla reszty społeczeństwa. Z czasem sfera ta mogłaby wykształcić nowe narodowe elity zdolne do prowadzenia Państwa w kierunku zgodnym z jego interesami. 
 
Temu naturalnemu procesowi zapobiegł jednak zabieg „podmienienia” elit PRLu przez Stalina, który wyekspediował do naszej Ojczyzny polskojęzycznych komunistów pochodzących z azjatyckiego plemienia wybranego. Ci zaś wraz z miejscowymi szumowinami  z „awansu społecznego” ustanowili nową PRL-owską elitę. Rak ten przez lata wrósł w społeczeństwo stając się praktycznie nie do odróżnienia. Jego potomkowie do dziś brylują w studiach telewizyjnych, „kształcą” młodzież na „renomowanych uczelniach”, obsadzają redakcje „poważnych czasopism” i szlifują korytarze władzy. W przeciwieństwie bowiem do omówionej w poprzednim artykule sfery gospodarczej, której funkcjonowanie uległo diametralnej zmianie w momencie „transformacji ustrojowej”, w aspekcie duchowym (obyczajowym) mamy do czynienia z  degradującym Naród kontinuum.
 
W okresie PRLu stopniowej erozji doznała istniejąca jeszcze inteligencja, z pokolenia na pokolenie obniżająca swe standardy etyczne i kulturowe. Postępująca pauperyzacja społeczeństwa wpędzała je stopniowo w kompleks niższości w stosunku do wszystkich, a w szczególności zachodu. Jego geograficzna bliskość rozbudzała dodatkowo postawy konsumpcyjne niemożliwe do zaspokojenia w istniejącym systemie społeczno- politycznym.
 
W okresie 45 lat PRLu sytuacja ta spowodowała szereg zaburzeń społecznych, które władza tłumiła siłą. Nie umniejszając nic ideowym przywódcom tych zrywów, należy jednak podkreślić, że bez zaistnienia przyczyn natury stricte materialnej (podwyżek cen) nie miałyby one miejsca. 
 
Tak więc okres PRLu charakteryzuje się stopniową erozją wartości duchowych społeczeństwa i wzrostem postaw materialistycznych. Gwałtownemu przyspieszeniu uległy te procesy w momencie przejścia do III RP.
 
Podobnie jak to było w przypadku gospodarki, taki i w tym przypadku zachód przystąpił do sterowania „transformacją ustrojową” z precyzyjnie ustalonym planem. Wykorzystywano w tym przypadku wieloletnie doświadczenia z zakresu marketingu i inżynierii społecznej. 
 
W tym celu korporacje zachodnie, głównie niemieckie, przejęły kontrolę nad rynkiem sprywatyzowanych mediów. Kamieniem węgielnym tych działań było „ufundowanie” Gazety Wyborczej z pomocą amerykańskich funduszy. Te media, które formalnie pozostały w rękach publicznych (Telewizja Polska) obsadzone zostały wypróbowaną komunistyczną agenturą prze-werbowaną przez zachodnie ośrodki decyzyjne.   
 
Drugim istotnym krokiem była „reforma edukacji” według „standardów unijnych”, która gwarantowała to że absolwentów uczelni można było spokojne zakwalifikować do kategorii ignorantów-„wykształciuchów”. Dzięki procesowi deindustrializacji kraju, na margines zeszły nauki ścisłe i techniczne, które w PRLu produkowały wysokiej klasy specjalistów. Zastąpiły je teraz nauki społeczne, ekonomia, marketing, business administration (studia MBA), które tak jak to miało miejsce na zachodzie produkują rzesze pasożytniczych szarlatanów i propagandzistów pozostających na usługach wielkich korporacji i nie wnoszących do życia społecznego żadnych wartości materialnych lub duchowych.
 
Zaczął się proces kolejnej „podmiany”. Tym razem inteligencję zastąpili „młodzi, wykształceni z dużych miast”. Ta nowa klasa społeczna oprócz wspomnianej już ignorancji i wytresowanej bezmyślności, charakteryzuje się niespotykaną nigdzie na zachodzie wulgarnością. Słownictwo w rodzaju „kurwa” czy „jebanie” są najczęściej używanymi wyrażeniami na salonach III RP. Tak więc zachodowi (Niemcom) udało się osiągnąć cel zdefiniowany ale nie zrealizowany w okresie Generalnej Guberni. Zlikwidowano polskie elity i inteligencję i sprowadzono resztę społeczeństwa do poziomu „podludzi” stanowiących tanią siłę roboczą, na którą na dodatek nie trzeba polować jak na dziką zwierzynę, jak to miało miejsce w okresie okupacji (łapanki i wywóz na roboty). 
 
Rezultaty zachodniego kulturkampf’u w III RP, o całą magnitudę przewyższają w obszarze obyczajowym „osiągnięcia” uzyskane przezeń w sferze gospodarczej. 
 
Głównym adresatem tegoż były i są kobiety, które odgrywają zasadniczą rolę zarówno w procesie wychowawczym jak i prokreacyjnym każdego społeczeństwa. Zgodnie ze starym żydowskim powiedzeniem „jeśli mężczyzna upada to upada sam, jeśli kobieta to z nią upada całe społeczeństwo”  właśnie na kobiety poszło zmasowane uderzenie propagandowe. Metoda ta znalazła swój formalny wyraz w amerykańskiej doktrynie wojny kulturowej. 
 
W procesie szerzenia zachodniej „demokracji i postępu”, USA obok działań militarnych (exemplum „humanitarnych bombardowań”) stosują też kulturkampf, w postaci sformalizowanego systemu HTS (human terrain system ), o którym otwarcie informuje się na stronie internetowej armii amerykańskiej. Głównym celem wspomnianego kulturkampfu są właśnie kobiety. System ten stosowany jest z powodzeniem także tam gdzie nie spadają NATO-wskie bomby np. w Polsce. 
 
Według opinii fachowców z HTS, relatywny brak sukcesów w „szerzeniu wartości zachodnich” w krajach islamu spowodowany jest pozycją społeczną tamtejszych kobiet, które pozbawione są dostępu do zachodnich mediów oferujących „produkty” przez ten system sfabrykowane. Wyrażając się kolokwialnie, nie łatwo jest je z powyższej przyczyny zdemoralizować.   
 
Kilka dni temu na moim ulubionym polskojęzycznym portalu Onet.pl ukazał się artykuł sygnalizujący gwałtowny wzrost zainteresowania Polaków „żonami ze wschodu”. Polacy umieszczający na portalach matrymonialnych swe ogłoszenia nie mogą wprost opędzić się od młodych kandydatek, które u siebie w ojczyźnie traktowane są jak (cytuję dosłownie) „worki na spermę”. A u boku z reguły grubo starszych od siebie Polaków znajdują „partnerskie małżeństwa”. Nie grymaszą przy tym, że przyjdzie im żyć w „blokowiskach” lub jeździć samochodami z tapicerką z tworzyw sztucznych itp. Polki natomiast wymagają od swych potencjalnych partnerów bezwzględnie lepszych standardów życiowych. Autor konkluduje artykuł stwierdzeniem, że zapewne wschodnie piękności nie zakochują się w brzuszkach i łysinach starszych Polaków, ale za nieco lepsze warunki życia oferują swym partnerom ciepło domowego ogniska. Obdzierając nieco z delikatności powyższą konkluzję, można stwierdzić że w zamian za usługi seksualne spodziewają się one uzyskać takie czy inne korzyści. Tego typu transakcje definiują pojęcie prostytucji. Ponieważ autor wspomnianej publikacji należy zapewne do nowej generacji „młodych, wykształconych” to tego typu niuanse są mu prawdopodobnie obce. Ale czy tylko „młodzi, wykształceni” nie znają elementarnych zasad etyki? 
 
W korespondencji prowadzonej kilka lat temu z prezesem Wspólnoty Polskiej ś.p. profesorem Andrzejem Stelmachowskim zaskoczył mnie entuzjazm z jakim pisał o zdolnościach Polek, które „umieją sobie radzić w życiu” , a jako przykład podawał fakt że w okresie PRLu każdy z kolejnych ambasadorów Włoch wyjeżdżał z naszego kraju z polską żoną. Świadczy to niewątpliwie o przedsiębiorczości polskich „pań”, ale czy powinno to być powodem do dumy? Taka „umiejętność radzenia sobie w życiu” jest właśnie formą prostytucji, która jest wyjątkowo podłym procederem, odczłowieczającym kobiety i zamieniającym je same i ich życie w towar, który sprzedaje się za prawdziwe lub wyimaginowane korzyści materialne lub duchowe (np. kariera, sława). Często mylona jest ta profesja z rozwiązłością seksualną, która będąc niewątpliwą przywarą, stoi znacznie wyżej w hierarchii moralnej. Dlatego też można mieć w życiu dla przyjemności dwudziestu kochanków i kwalifikować się tylko do kategorii „osób rozwiązłych”, na podobieństwo jakże popularnego żarłoka grzeszącego „nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu”. Można natomiast przeżyć cały żywot z jednym tylko partnerem i być prostytutką. Większość polskich „pań” nie wie o tym i dlatego tak dobrze „daje sobie radę w życiu”. Gdyby przedstawiciele polskiej inteligencji, zajmujący do tego takie stanowiska jak prof. Stelmachowski, o tym wiedzieli mogliby służyć społeczeństwu w porządkowaniu zachowań moralnych. Ale nie wiedzą, a nie mając rozeznania w podstawowych zasadach etyki skazani są na błądzenie. 
 
 
W okresie PRLu błądziły po manowcach tylko pojedyncze jednostki. Teraz duże polskie centra akademickie, takie jak Kraków, Wrocław czy Poznań, zamieniły się w euroburdele, do których tłumnie ściągają młodzi z zachodu przyciągani niskim czesnym i pseudo-studiami wykładanymi w „europejskich językach”. Dogodne połączenia lotnicze sprowadzają też weekendowych rozrywkowiczów. Jedni i drudzy otoczeni są zawsze wiankiem polskich „pań”, które zgodnie z mymi naocznymi obserwacjami nie grymaszą tak jak to ma miejsce w ich stosunkach ze swoimi rodakami, ale wręcz przeciwnie bez zażenowania łaszą się do nich publicznie wpychając się niemal w rozporki. Jak należy przypuszczać działa tu identyczny mechanizm, podpatrzony u ich wschodnich koleżanek. 
 
Do zjawiska „emigracji małżeńskiej” i zarobkowej należy dodać jeszcze proceder handlu zawodowymi prostytutkami. 
 
W schyłkowym okresie PRLu zbulwersowała opinię publiczną sprawa eksportu młodych dziewcząt do włoskich burdeli. Rekrutowano je jako tzw „tło artystyczne” dla polskich zespołów tam występujących. W sumie wywieziono ich około tysiąca. Tak przynajmniej podawały media na podstawie prowadzonego śledztwa. Komunistyczne władze podjęły kroki w celu sprowadzenia tych prostytutek do kraju. Gdy sprawa ujrzała światło dzienne zamieszany w aferę wiceminister rządu PRLu, który umożliwiając wyjazdy dziewczyn otrzymywał w zamian za ich pracę dzienną prowizję, popełnił samobójstwo.
 
Kilka dni temu czytałem artykuł BBC dotyczący zjawiska „eksportu” prostytutek z Europy wschodniej i centralnej do zachodniej.   Według danych szacunkowych ten handel żywym towarem kształtuje się na poziomie 200 tysięcy kobiet rocznie, głównie z Polski. Wydaje się że porównanie tych dwu przypadków, dobrze ilustruje różnice w skali degradacji społeczeństwa polskiego okresu PRLu i III RP. Na marginesie tylko warto dodać, że żaden oficjel „wolnej i suwerennej” Polski nie odebrał sobie z tego powodu życia. Nie prowadzi się też zapewne żadnych śledztw z tym związanych. W końcu państwo ma być oszczędne! A i opinii publicznej nie zainteresuje się tym banalnym zjawiskiem społecznym jakie ma miejsce w „wolnorynkowym, ekskluzywnym klubie bogatych” zwanym Unią Europejską. 
 
W niedawnej przeszłości Naród Polski znajdował się o włos od biologicznej zagłady z rąk Niemców. Byłby to smutny ale honorowy koniec II Wojny Światowej. Ironią losu można nazwać fakt, że zostanie on obecnie (pozwolę sobie użyć salonowego określenia) zajebany na śmierć przez tychże i wszystkich innych którzy mają na to ochotę. No cóż, niewiele już zostało w społeczeństwie z tradycyjnej zasady „Bóg, Honor, Ojczyzna”.
 
Boga mają dziś wszyscy, ale najczęściej jest nim „rynek”. Honor,nawet jeśli znany jest „młodym, wykształconym”, to kojarzy się im jedynie z wstydliwym objawem przypadłości psychicznej zwanej „oszołomstwem”. A Ojczyzna?
 
W okresie niedawnego otwarcia niemieckiego rynku pracy dla Polaków wiele czasu poświęcono analizom i prognozom spodziewanych tego efektów. Prezentowano wiele  kolorowych wykresów, list najatrakcyjniejszych dla emigrantów zawodów, ubolewano nawet nad faktem, że „Niemcy spóźnili się z otwarciem swego rynku pracy” i skorzystała z tego Wielka Brytania przyjmując gros emigrantów. Nie spotkałem się natomiast z alarmami dotyczącymi zagrożenia biologicznej egzystencji Polski spowodowanego omawianym zjawiskiem. Kilkutysięczny odpływ młodych emigrantów z dotkniętych kryzysem krajów takich jak Irlandia czy Włochy, powoduje w tamtejszych mediach larum. A w III RP nic! Czym to tłumaczyć? Chyba tylko tym, że Jej mieszkańcy uważają się za obywateli nowego superpaństwa Unii Europejskiej, a swą narodowość określają jako „europejską” . Tylko w takim bowiem przypadku fakt odpływu ludności z jednej prowincji do innych ma wymiar czysto ekonomiczny. Jeśli exemplum na Śląsku zabraknie węgla i ludność w poszukiwaniu pracy przeniesie się do Wielkopolski, to cóż za problem? Zalesimy Śląsk tworząc np. park ekologiczny i kwita! W taki chyba sposób rozumuje obecnie polskie społeczeństwo w odniesieniu do III RP i Unii Europejskiej. Problem jest w tym, że inne unijne nacje nie rozumują według takich kryteriów i koncentrują się na swoich narodowych interesach. A to stanowi już poważny problem dla III RP. Problem ten musi znaleźć swe rozwiązanie w sferze politycznych działań naszych narodowych przywódców. To jednak stanowi temat do kolejnego artykułu.

***
10. 08. 2011

PRL a III RP próba oceny gospodarczej

 

Prawie pięć lat temu dokonałem  porównania osiągnięć II i III RP. Z perspektywy tych kilku lat wyraźnie widać, że temat ten nie był á propos, a logicznym krokiem byłaby raczej komparatywna ocena PRLu i III RP. Dziś można bowiem z całą pewnością stwierdzić, że oba te twory są jakościowo tożsame.  PRL to półkolonia Sowieckiej Rosji, a III RP została już w pełni skolonizowana przez zachód a w szczególności wielkomocarstwowe Niemcy. Dlatego też postanowiłem przeprowadzić analizę tego zagadnienia w kilku kluczowych aspektach.
 
Zdaję sobie przy tym sprawę, że zainteresowanie tego typu tematyką jest minimalne. Ci którzy oprócz konsumpcji piwa i polskojęzycznych telewizji angażują się jeszcze w inne intelektualne działania wolą dyskutować o zagadnieniach typu exemplum „czy Palikot miał prawo powiedzieć to czy tamto o Kaczyńskim, czy też nie”. Temat tu poruszony może być co najwyżej skwitowany znudzonym ziewnięciem. Pomimo to musi on stanowić fundament każdej rzetelnej próby prognozowania przyszłości naszego państwa i narodu oraz szacunku szans przed nimi stojących.  
 
I dlatego postanowiłem zająć się tym zagadnieniem.
 
Dywagacje warto rozpocząć analizą gospodarki obu tych tworów, gdyż stanowi ona podstawę materialnego bytu każdej społeczności. Pomimo jakościowego podobieństwa obu omawianych tworów, ich gospodarki stanowią swe zaprzeczenie. Paradoks ten łatwo tłumaczy koncepcja funkcji jaką przypisywały Polsce rządzące Nią mocarstwa. 
 
W strategicznych planach Rosji Sowieckiej Polska, wraz z innymi krajami tzw. Demoludu,  miała odgrywać rolę technologicznego i przemysłowego zaplecza dla zbrojnego ramienia tego imperium. W związku z tym wszystkie siły skoncentrowane były na powojennej odbudowie zniszczonego kraju i rozwoju kluczowych gałęzi przemysłu, a w szczególności ciężkiego. W porównaniu z konkurencyjnym zachodem gospodarka ta była technologicznie zacofana, ale w połączeniu z bogactwem surowcowym naszego kraju stanowiła istotny potencjał produkcyjny dostarczający uzbrojenia i dóbr konsumpcyjnych całemu imperium oraz innym krajom pierwszego i trzeciego świata. Wytwarzane produkty były toporne według standardów zachodnich, ale dzięki polityce monetarnej utrzymującej niską wartość niewymienialnej złotówki, niezwykle tanie, a ich jakość (w segmencie eksportowym) przewyższała wielokrotnie, tą którą oferuje dziś światu gospodarka chińska. System ten, podobnie jak dzisiejszy chiński, oparty był na wyzysku taniej siły roboczej, posiadającej ograniczony dostęp do dóbr konsumpcyjnych przezeń produkowanych, podczas gdy import wspomagał jedynie gałęzie gospodarki kluczowe dla wysiłku zbrojeniowego imperium. W ramach wspierania ideologii komunistycznej, Polska zmuszona też była do przekazywania „danin” Rosji i penetrowanym przez nią krajom trzeciego świata, a w szczególności  arabskim. Niewątpliwym plusem tej smutnej sytuacji było jednak wykształcenie wysoko-wykwalifikowanej siły roboczej i doskonałej kadry technicznej. W momencie odzyskania niepodległości, ten potencjał ludzki byłby w stanie szybko przeprofilować produkcję z „militarnej” na „cywilną” stopniowo zmodernizować przodujące gałęzie gospodarki, tak by stanowiły groźną konkurencję nawet na wymagających rynkach zachodnich. 
 
Stało się jednak inaczej. Zanim bowiem czerwone imperium zaakceptowało oderwanie Polski i innych krajów Demoludu ze swego obszaru dominacji, uzgodniono już ze Stanami Zjednoczonymi (patrz szczyt na Malcie) scenariusz „transformacji”, która miała polegać na przekazaniu delikwentów w ręce zachodu. Proces ten wewnętrznie wspierać mieli wyselekcjonowani komunistyczni zaprzańcy, którzy tak jak Balcerowicz otrzymali uprzednio stosowne wyszkolenie w Stanach Zjednoczonych (patrz stypendia Fulbrighta).
 
Zgodnie z wizją zachodu, Polska i inne kraje Demoludu miały zostać przekształcone z „producentów” w „konsumentów”, otwierając gigantyczny nienasycony rynek dla zachodnich koncernów. Przy pomocy instrumentów finansowych „zbankrutowano” polską realną gospodarkę, niszcząc ją lub oddając za bezcen w zachodnie ręce. Sektor finansów, kluczowy z punktu widzenia kontroli gospodarki, oddano w ręce banków zachodnioeuropejskich. Ten proces balcerowiczowskiej „transformacji” przeprowadzono w przedziale kilku zaledwie lat powodując w społeczeństwie niespotykaną w czasach pokoju traumę. Na gruzach realnej gospodarki stworzono fikcyjną jej wersję znaną pod jej angielskim skrótem FIRE (finance, insurance, real estate). Jedynym materialnym jej „pomnikiem” są wszechobecne lśniące szkłem i stalą „galerie handlowe”, w których zachodnie koncerny upychają tubylcom szmelc produkowany na masową skalę w chińskich zakładach tychże. W okresie dwudziestolecia III RP unowocześniono jednak budownictwo, które zaspakaja potrzeby uwłaszczonej na polskim majątku nomenklatury i innych aferzystów, oraz tych szczęśliwców, którzy wspierani są finansowo przez rodziny z zagranicy. Potrzeby mieszkaniowe ogółu społeczeństwa zaspakajane są głównie przy pomocy niekończącej się masowej emigracji, która drastycznie redukuje zapotrzebowanie na krajowym rynku nieruchomości. Wszelkie, pozostałe po balcerowiczowskiej zagładzie, dziedziny gospodarki ulegają dalszemu upadkowi i dewastacji (exemplum infrastruktura, rolnictwo).
 
Gdyby więc z obrazu polskiej gospodarki usunąć posiadane przez obcy kapitał sieci handlowe, banki i nieliczne funkcjonujące jeszcze zakłady przemysłowe, oraz te realne inwestycje (np. nieruchomości), które powstały z „datków” emigrantów, to Polsce i Polakom nie pozostałoby praktycznie nic własnego oprócz nisko- lub nie-zagospodarowanych obszarów kraju, czyli tyle bogactwa ile uchowało się po niemieckiej okupacji w 1945 roku. Można więc z całą odpowiedzialnością skonkludować, że cały dorobek PRLu (jak nędzny by on nie był) został skutecznie zniwelowany przez naszych zachodnich „przyjaciół” i współpracujących z nimi rodzimych  sprzedawczyków.
 
Aby skutecznie przeprowadzić zbrodniczą operację tych rozmiarów bez narażania się na społeczny bunt, należało w jakiś sposób spacyfikować naród. Dokonano tego przy pomocy zmasowanej propagandy medialnej i programowego otumaniania młodego pokolenia w „zreformowanym” na potrzeby kolonizatorów szkolnictwie.
 
Rezultaty tego kulturkampf’u, o całą magnitudę przewyższają w obszarze obyczajowym „osiągnięcia” uzyskane przezeń w sferze gospodarczej. Ale to jest temat drugiej części analizy.