Link do wszystkich dokumentów


Wspomnienia Nadieżdy Mandelsztam
wypisy


„Nie wiedziałem, że trafiliśmy w łapy humanistów” - powiedział O.M zimą 37/38 roku, czytając w gazecie inwektywy pod adresem Jagody, który miał rzekomo urządzać sanatoria zamiast łagrów.

Śmieszne jest mierzenie naszej epoki kryteriami praw rzymskich, kodeksu napoleońskiego czy innych pomników myśli prawniczej.

A Winawer umiał dawać dobre rady. To on namawiał mnie, bym skłoniła O.M do jak najmniejszej aktywności: o nic nie prosić – na przykład o przeniesienie w inne miejsce – nie przypominać o sobie, chować się, milczeć, jednym słowem udawać zmarłego …

W swej naiwności sądziłam, że opinia publiczna jest zawsze po stronie słabego przeciwko silnemu, krzywdzonego przeciw krzywdzicielowi, ofiary przeciw oprawcy.

Podział na „swoich” i „obcych” (wówczas używało się określenia „obcy element”) datował się jeszcze z czasów wojny domowej, z jej nieuchronną regułą „kto kogo?” Po zwycięstwie i kapitulacji zwycięzcy zawsze żądają nagród i beneficjów, a zwyciężeni podlegają niszczeniu. Ale wówczas okazuje się, że prawo przynależności do kategorii „swoich” nie bywa ani dziedzicznym ani nawet dożywotnim. O to prawo toczy się ciągła walka i wczorajszy „swój” może w mgnieniu oka stać się obcym.

„Tam daleko za kolczastym drutem, w samym sercu tajgi mrozem skutej, cień mój będą dziś przesłuchiwali …” Achmatowa

Są momenty, kiedy ludzie przekraczają jakąś granicę i niemieją w zdziwieniu; a więc oto gdzie i wśród kogo żyję, a więc oto do czego zdolni są ci, wśród których żyję, a więc oto gdzie się znalazłem!

„Moi chłopcy najbardziej kochają Stalina a dopiero potem mnie” - mówiła żona Pasternaka, Zinajda Nikołajewna. Inni nie posuwali się tak daleko, ale swymi wątpliwościami nikt się z dziećmi nie dzielił: po co skazywać je na nieszczęście?

O.M bardzo przezywał obojętność tłumu: „Dawniej przynajmniej dawali aresztantom jałmużnę, a teraz nawet nie spojrzą” … Szeptał mi z przerażeniem, a w obecności takiego tłumu można zrobić z aresztantem wszystko: zastrzelić, zabić, zamęczyć – i nikt nie będzie interweniować, widzowie odwrócą się plecami.

Myśl o tym ostatecznym wyjściu pocieszała mnie przez całe życie i kilkakrotnie w różnych ciężkich okresach naszego życia, proponowałam O.M wspólne samobójstwo.

Wszyscy byliśmy ugodowcami; milczeliśmy w nadziei, że zabija nie nas, lecz naszego sąsiada.

W pierwszych latach rewolucji wśród zwycięzców było wielu miłośników poezji. Jak udawało im się godzić to uczucie z hotentockimi zasadami moralnymi: „Jeśli ja zabiję – dobrze, jeśli mnie zabiją – źle?”

Kiedyś dobrych ludzi było dużo; co więcej, nawet źli udawali dobrych, bo tak wypadało. Stad właśnie brały się fałsz i obłuda demaskowane przez pisarzy realizmu krytycznego jako wielkie grzechy przeszłości. Rezultat tych demaskacji okazał się dość niespodziewany; dobrzy ludzie zniknęli.

Droga przyszłości była straszliwa; teraz już wiemy, że jedyna szansę uniknięcia jej dawała śmierć.

Uważając, że O.M jest już zniszczony i rozdeptany … władze nie zadały sobie trudu szukania rękopisów i zacierania śladów, spaliły to, co im wpadło w ręce i na tym poprzestały. Gdyby były wyższego mniemania o mandelsztamowskiej poezji, to ani ze mnie, ani z wierszy nie zostałoby śladu. Kiedyś nazywało się to: „rozsypać popioły na wietrze”.

Przekleństwo ciśnięte mieszkaniu to nie pochwała bezdomności lecz spazm strachu przed ceną, jaką za nie żądano. Nie dawano u nas przecież niczego za darmo: ani mieszkań, ani willi, ani pieniędzy.

Zauważyłam, że prędzej czy później wszystkim otwierają się oczy; niektórzy ukrywają tylko, że zaczęli widzieć.

Zwyczajnego samobójstwa O.M, podobnie jak Achmatowa, nie uznawał, chociaż pchało ku niemu wszystko: samotność, izolacja i pracujący wówczas przeciw nam czas. Samotność – to nie brak przyjaciół i znajomych, lecz życie w społeczeństwie które nie słyszy znaków ostrzegawczych i idzie z zamkniętymi oczami drogą bratobójstwa.

Wybierając rodzaj śmierci, O.M wykorzystał szczególną cechę naszych władców: ich ogromny, nieomal zabobonny szacunek dla poezji. „Nie narzekaj – mawiał – przecież poezję szanuje się tylko u nas, skoro się za nią zabija. Nigdzie indziej nie zabija się za wiersze ...”.

Ta religia, którą adepci nazwali skromnie nauką, umieszcza człowieka obdarzonego autorytetem na miejscu Boga.

Awerbach: „Żadna kultura i sztuka w ogóle nie istnieją, jest sztuka burżuazyjna i sztuka proletariacka, to samo z kulturą … Nic nie jest wieczne, a wartości bywają tylko klasowe”. To, że swoje klasowe wartości uważa za wieczne bynajmniej nie wprawiało go w zakłopotanie.

Każdą egzekucję usprawiedliwiano tworzeniem świata bez aktów gwałtu, toteż wszystkie ofiary miały być dopuszczalne, skoro ponoszono je w imię tego, co „nowe” i niesłychane. Nikt się nie spostrzegł, gdy cel zaczął uświęcać środki, a potem, jak to bywa w takich razach, stopniowo zniknął.

Ludzka pamięć jest tak urządzona, że sprzyja raczej zachowywaniu zarysów czy legend, a nie samych wydarzeń. Aby rewindykować fakty, trzeba ostro rozprawić się z legendą, a w tym celu należy najpierw ustalić w jakich kręgach się zrodziła.


Mówiąc brutalnie: obywatele radzieccy cenili własną ślepotę i zgadzali się na poznawanie rzeczywistości tylko za pośrednictwem własnej skóry. 

Ludzie posiadający głos poddawani byli najhaniebniejszej z tortur; wyrywano im język i kazano jego kikutem sławić władcę. Niezniszczalny instynkt życia pchał ludzi ku takiej formie samounicestwienia – w imię przedłużenia fizycznej egzystencji. Ocaleni okazywali się tak samo martwi, jak pomordowani.

W naszym życiu wszyscy chętnie ulegają iluzjom, ludzie sami szukają czegoś, w co można by uwierzyć. Człowiek otoczony pozorami oddaje się pozornej działalności, organizuje sobie pozorną miłość – byle można się było czegoś uchwycić.

W czasie rewizji w r. 1934 różanolicy czekista był wstrząśnięty nieobecnością marksizmu na naszej półce. „Gdzie trzymacie swoich klasyków?” - zapytał, a O.M usłyszawszy pytanie, szepnął do mnie: „Po raz pierwszy aresztuje człowieka u którego nie ma Marksa” …

… brak perspektywy zawsze zniekształca zjawiska.

Leżniewowi się udało, jego książkę, której nikt nie chciał drukować – chociaż była nie gorsza od innych – przeczytał i zaakceptował sam Stalin. Zatelefonował nawet do Leżniewa, ale go nie zastał. Usłyszawszy o tym i licząc na powtórny telefon, Leżniew przez cały tydzień nie odchodził od aparatu.

Zespół przekonań formuje się zazwyczaj w młodości i ludzie rzadko go rewidują.

Większość podróżujących pisarzy – a wyjazdy na peryferie były u nas bardzo popularne – wybierała świat muzułmański. O.M uważał te ciągoty za nieprzypadkowe. Determinizm, podporządkowanie jednostki duchowi „świętej wojny”, abstrakcyjne ornamenty na budowlach przytłaczających człowieka – wszystko to bardziej odpowiadało mieszkańcom naszej epoki niż chrześcijańska nauka o wolnej woli i swobodzie indywiduum.

… przeczytaliśmy o zniesieniu kary śmierci i podwyższeniu wyroków więzienia do lat dwudziestu. O.M początkowo się ucieszył, a potem zorientował się, o co chodzi: „Jak oni tam zabijają, skoro trzeba było znosić karę śmierci?” - powiedział mi.

W moim pokoleniu tylko jednostki zachowały pomięć i jasność umysłową. Całe pokolenie O.M zostało porażone wczesną sklerozą.

„Stalin nie musi ucinać głów – mówił O.M. - Zlatują same jak pyłek z dmuchawca ...”. Po raz pierwszy powiedział to bodaj przeczytawszy artykuł Kosiora i dowiedziawszy się, że mimo swych artykułów i on został rozstrzelany.

Ta Moskwa nie wierzyła w nic i nikomu, i żyła hasłem; ratuj się kto może. Miała w głębokiej pogardzie wszystkie wartości, a zwłaszcza wiersze.

Okazuje się, że nie było u nas ani jednego stalinisty i wszyscy walczyli ze stalinizmem. Co do mnie, mogę zaświadczyć, że spośród moich znajomych nie walczył nikt. Ci, którzy nie stracili sumienia, starali się po prostu siedzieć cicho. To również wymagało prawdziwego męstwa.

Ludzie potrafią, kiedy chcą, mieć zadziwiająco krótką pamięć.

Z Warią rozmawialiśmy na inne tematy. Pokazywała nam podręcznik, w którym, z polecenia nauczycielki, trzeba było po kolei zaklejać portrety wodzów. Miała wielka ochotę zakleić Siemaszkę: „I tak go przecież zakleimy – czy nie lepiej od razu?” Redakcja encyklopedii przysyłała spisy haseł, które należało zakleić albo wyciąć.

Zmiażdżeni przez system, w którego tworzeniu tak czy owak współuczestniczyliśmy wszyscy – okazaliśmy się niezdolni nawet do biernego oporu. Nasza pokora podniecała oprawców i powstawało błędne koło.

O.M nie mógł uwierzyć w to, że zawodowi humaniści nie interesują się pojedynczymi losami, lecz jedynie całą ludzkością.

tłumaczenie: Andrzej Drawicz