Link do wszystkich dokumentów


Metzinger i "tragedia ego"


Na czele obecnych studiów nad jaźnią i egologią, stoi dziedzina neuronauki, która poczyniła wyraźny postęp. W Being No One (2004) na przykład, niemiecki neurofilozof Thomas Metzinger przedstawia teorię o tym jak mózg wytwarza subiektywne poczucie naszej egzystencji jako oddzielnych „jaźni” mimo że, jak wyjaśnia Metzinger, moglibyśmy być bardziej rygorystycznie sklasyfikowani jako systemy procesów informacyjnych (information-processing systems) dla których dogodne jest w sensie egzystencjalnym stworzenie iluzji „bycia kimś”. W schemacie Metzingera, ludzka istota nie jest „osobą” ale funkcjonującym mechanistycznie „fenomenalnym modelem jaźni”, który symuluje osobę. Powód dla którego nie możemy rozpoznać tych modeli jest taki, że patrzymy przez nie, i tak nie możemy zobaczyć sami procesów tych modeli. Gdybyśmy mogli, wiedzielibyśmy, że nie ma nic takiego jak my, a tylko te modele. To może być nazwane „Paradoksem Metzingera”: Nie możesz poznać czym rzeczywiście jesteś ponieważ wtedy wiedziałbyś, że nie ma tam niczego do poznania i nic co by o tym wiedziało*. (Co teraz?) Zatem raczej niż bycie wiedzącymi-nicościami, istniejemy w stanie który Metzinger opisuje jako „naiwny realizm”, z rzeczami nie będącymi poznawanymi takimi jakimi są same w sobie, coś co każdy naukowiec i filozof wie. 

Powyższy szkic centralnych tez Metzingera jest jawnie nieadekwatny, lecz konieczny dla obecnego kontekstu. Z uwagi na swoje rozumowanie i intuicje dotyczące natury i działania świadomości, Metzinger nie ma sobie równych w swoim polu i sprawia wrażenie myśliciela którego spekulacyjne dociekania pewnego dnia okażą się zgodne z rzeczywistością. Za pomocą argumentu i analizy wyniósł studia nad świadomością tak daleko jak to możliwe przy środkach osiągalnych na początku dwudziestego pierwszego stulecia. Projekt którego podjął się Metzinger jest dokładnie tego rodzaju, którego znaczenie nie ogranicza się do gmachów nauki, ale jest związany z daleko sięgającymi implikacjami jakie może on mieć odnośnie życia przeciętnego śmiertelnika. To powiedziawszy, następująca dyskusja o Metzingerze ma dalszy zamiar, nie mający wiele wspólnego z oceną jego teorii.

W swym eseju Cień Tańca Marionetki ... James Trafford rozbija Paradoks Metzingera następująco: „Obiekt 'człowiek' składa się z ciasno spakowanych poziomów symulacji, dla których naiwny realizm staje się konieczną profilaktyką ażeby chronić się przed trwogą współistniejącą z destrukcją naszych intuicji odnośnie nas samych i naszego statusu w świecie: 'Świadoma subiektywność jest przypadkiem w którym indywidualny organizm nauczył się zniewalania samego siebie'”. Zamykający cytat z Being No One Metzingera może być widziany jako przedłużenie Paradoksu Zapffe za pomocą którego wypieramy z naszej świadomości wszystko to co jest wstrząsające i przerażające w naszym życiu. Dla Metzingera, to wyparcie przybiera formę wyżej wymienionego naiwnego realizmu, który maskuje jedno z najbardziej wstrząsających i przerażających objawień dla ludzkich istot: to, że nie jesteśmy tym czym myślimy, że jesteśmy. Łagodząc nasze niepokoje wobec tak godnego ubolewania oświecenia, Metzinger zaręcza, że to „praktycznie niemożliwe” byśmy osiągnęli realizację naszej nierzeczywistości z uwagi na wbudowane kajdany ludzkiej percepcji utrzymujące nasze umysły w stanie snu.

Interesujący fakt wydający mieć znaczenie dla pracy Metzingera o iluzji jaźni jest taki: Metzinger posiada zdolność świadomego śnienia. Jego traktat Being No One zawiera cały rozdział o umiejętności bycia zdolnym do „przebudzenia się” we własnych snach i rozpoznania, że własna świadomość operuje w obrębie iluzorycznej zony stworzonej przez mózg. W tym aspekcie naszego życia gdzie nie mamy nic do powiedzenia na temat tego co się dzieje i nie mamy wolności wyboru, śniący świadomie nie jest przez nikogo ogłupiany, czy przynajmniej nie ogłupia sam siebie. Wejrzał za kurtynę na to czego dokonała jego świadomość i przejrzał jej triki i pułapki. Ta zdolność może bardzo dobrze wyjaśnić dociekliwość Metzingera wobec natury przebudzonej percepcji i możliwości tego, jak pisał Poe: „All that we see or seen / Is but a draem within a dream”. Te linie podsumowują wywody Being No One – że śpimy w jaźni i nie potrafimy się przebudzić. A jednak na zakończenie tej 699 stronicowej pracy następuje trudność związana z egzaminacją tego jak i dlaczego ludzkie istoty ewoluowały w taki sposób, że wierzymy, iż jesteśmy kimś podczas gdy w rzeczywistości jesteśmy nikim; wydaje się być w tym jakaś dwuznaczność. „Przynajmniej w zasadzie”, pisze Metzinger „człowiek może się przebudzić ze swej biologicznej historii. Może dorosnąć, zdefiniować własne cele i stać się autonomicznym”. Tak nieuchwytnie mgliste, znaczenie tych zdań może być jedynie zgadywane, gdyż Metzinger pozostawia je zawieszone w powietrzu. Sytuacja jest patowa, jak ta transformacja może się wydarzyć w terminach teorii Metzingera. Czy zakończył swój traktat przedwcześnie? Czy wie coś o czym nam nie mówi? Lub czy po prostu chce skończyć książkę pozbawiającą złudzeń podbudowującą uwagą?

W tym samym roku w którym opublikował Being No One, Metzinger jeszcze bardziej zaciemnił sprawę. Podczas wykładu na Uniwersytecie Kalifornijskim Berkeley odniósł się do naszego zniewolenia przez iluzję jaźni – nawet jeżeli „nie ma nikogo mającego tę iluzję” - jako do „tragedii ego”. Ta fraza dobrze pasuje do teorii Zapffe o świadomości jako tragicznej pomyłce. Co rozczarowuje, Metzinger mówi dalej, że „tragedia ego znika ponieważ nikt się nigdy nie urodził ani nikt nigdy nie umiera”. To twierdzenie jest zapożyczeniem z buddyzmu zen i traci nieco gdy przeniesione z klasztoru na uniwersytecką salę wykładową. W tradycjach oświecenia jedyną ulgą wobec naszego lęku przed śmiercią jest przebudzenie się z wytworzonego przez nasz mózg poczucia jaźni, w ten sposób eliminując to o czym błędnie myślimy, że tym jesteśmy, zanim nie jest za późno. Ale misją Metzingera jako naukowca-filozofa było oświetlenie neurologicznych mechanizmów czyniących ten cel niewykonalnym. Dlaczego więc, Metzinger mówi do audytorium o „tragedii ego”, o której ze wszelkim prawdopodobieństwem nikt ze słuchaczy nie myślał jako o tragedii zanim nie przyszedł na jego wykład, i jak się ona „rozwiązuje z powodu tego, że nikt nigdy się nie urodził i nikt nigdy nie umrze”?** Wydaje się on próbować załagodzić wszelki lęk który słuchacze mogliby odczuwać wobec śmierci i w tym samym czasie mówi im na pierwszym miejscu, że po prostu nie istnieją. W każdym razie, ginie coś, z chcenia uchwycenia czego nikt nie jest w stanie zrezygnować, jakkolwiek tragicznym może się to wydać. Metzinger wydaje się bazować na tej samej paradoksalnej nieuczciwości dzięki której ten świat żyje do tego stopnia, że zaprzecza cierpieniu które musi znosić i kontynuuje wiarę, że świadomość nie jest problemem, i że bycie żywym jest w porządku.

Ale nie wyciągajmy pochopnych wniosków. Na forum online, na którym postacie o najwyższym prestiżu w studiach nad świadomością odpowiadały na „A Self Worth Having” Nicola Humpreya, gdzie jak cytowano wcześniej, autor ten mówi, że świadomość jest „cudownie dobrą rzeczą sama w sobie”, Metzinger podsumowuje swą pozycję na ten temat i oto uderza w ten sam ton co Zapffe gdy pisze:

Wcale nie jest jasne czy biologiczna forma świadomości, jaka do tej pory pojawiła się przez ewolucję na naszej planecie, jest pożądaną formą doświadczenia, rzeczywiście czymś dobrym samym w sobie...

Teoretyczny martwy punkt obecnej filozofii umysłu jest zagadnieniem świadomego cierpienia. Tysiące stron są pisane o kolorze qualii czy zawartości myśli, ale prawie żadna teoretyczna praca nie jest poświęcona wszechobecnemu fenomenalnemu stanowi jakim jest ludzkie cierpienie czy prosty codzienny smutek („subkliniczna depresja”), czy fenomenalnej treści stowarzyszonej z paniką, rozpaczą i melancholią – nie mówiąc już o świadomym doświadczeniu śmiertelności czy utraty godności ...

Zagadnienie etyczno-normatywne ma wielkie znaczenie. Jeżeli ośmielimy się przyjrzeć z bliska aktualnej fenomenologii biologicznego systemu na naszej planecie, te wiele rodzajów świadomego cierpienia są przynajmniej tak samo dominującą cechą jak kolor wizji czy świadoma myśl, które obie pojawiły się dopiero bardzo niedawno. Ewolucja nie jest czymś co można by gloryfikować. Jednym ze sposobów – poza niezliczonymi innymi – jest patrzenie na biologiczną ewolucję na naszej planecie jako na proces który stworzył rozszerzający się ocean cierpienia i konfuzji tam gdzie uprzednio nic takiego nie występowało. Jako że nie tylko prosta liczba indywidualnych świadomych podmiotów, ale również wymiarowość ich fenomenalnych stanów przestrzennych (state-spaces) ciągle wzrasta, ten ocean również się pogłębia. Dla mnie, jest to również silny argument przeciwko tworzeniu sztucznej świadomości. Nie powinniśmy powiększać tego strasznego nieładu zanim naprawdę zrozumiemy o co tu właściwie tu chodzi.

Skąd ta różnica zarówno w tonie jak i treści pomiędzy konkluzją Metzingera z jego książki i wykładu w Berkeley a dyskusją online z jego kolegami? Można by spekulować, że czuł się bardziej komfortowo wyrażając swe obawy na temat ludzkiej świadomości podczas cybernetycznego zebrania z równymi mu rangą, niż w swym wysoce profilowanym dziele i publicznych wykładach. W pierwszym przypadku nie powstrzymuje się gdy mówi: „Są aspekty naukowego światopoglądu które mogą być niszczycielskie dla naszego mentalnego samopoczucia i to jest to co każdy intuicyjnie czuje”. To zapierające dech w piersiach stwierdzenie, jak na dobrze uwierzytelnionego filozofa (jakim też było jego dociekanie o tym czy ktoś rzeczywiście mógłby wierzyć w determinizm i nie zwariować). Co innego mógł mieć Metziger tą wypowiedzią na myśli jak nie to dość zużyte ostrzeżenie literatury horroru, że grozi nam poznanie rzeczy nie przeznaczonych nam do poznania? A najgorszą możliwą rzeczą jaką możemy poznać – gorszą niż poznanie naszego pochodzenia od masy mikroorganizmów – jest ta, że jesteśmy nikim, nie kimś, marionetkami, nie ludźmi.

Thomas Ligotti
CATHR



* By zdanie brzmiało rozsądniej nic, niczego powinno być zastąpione przez nikogo. Być może kogoś zainteresuje, jeżeli nie rozwiązanie to opis tej sytuacji dany przez Nanavirę Therę:

Pytasz „Kto dokonuje osądu?” To pytanie bierze za pewne, że osąd jest czyniony „przez kogoś”. Ale ta konkluzja nie jest w żadnym razie ostateczną. Możemy opisać osąd (czy poznawanie) nie będąc zobligowani do ustalenia go jako „relacji pomiędzy podmiotem i obiektem”. (...) W moim zrozumieniu sprawy, widzę wiedzę jako „esencjonalnie akt refleksji”, w którym, rzecz do poznania prezentuje się sama (jest prezentowana) wyraźnie (explicitly) jako stojąca przeciwko tłu (czy kontrastowi) które tam było dyskretnie (implicitly). W refleksji (ograniczona) totalność jest dana, składająca się z centrum i peryferii – szczególna krowa jawi się otoczona przez liczne bydło, i tu pojawia się osąd: „Krowa jest w stadzie”. Z pewnością, jest tu intencja, by osądzić, i to polega na zamierzonym odciągnięciu uwagi z bezpośredniego poziomu doświadczenia na refleksyjny; ale pytanie nie brzmi, czy osąd jest intencjonalnym działaniem (jest nim) ale czy może być intencja (nawet refleksyjna intencja) bez podmiotu (ja, mnie) który ma intencje. To jednakże, nie jest na tyle sprawą argumentacji, ale czymś co musi być zobaczone samemu.

Oczywiście, skoro wiedza jest bardzo często (Heidegger dodaje 'i powierzchownie') definiowana w terminach „relacji pomiędzy podmiotem i obiektem”, pytanie o podmiot nie może tak prosto być odłożone na bok – nie ma dymu bez ognia – i musimy zobaczyć (przynajmniej pokrótce) dlaczego jest to tak definiowane. Zarówno Heidegger jak i Sartre, podążając za Kantem mówią, że ściśle biorąc, nie ma innej wiedzy niż intuicyjna i z tym się zgadzam. Ale czym jest intuicja? Z punktu widzenia puthujjany, może być opisana jako kontakt pomiędzy podmiotem i obiektem, pomiędzy „ja” i „światem”. To, jednakże, nie jest jeszcze wiedzą, na co potrzebna jest refleksyjna reduplikacja; ale kiedy ona występuje, mamy intuicyjną wiedzę, która jest (ciągle dla puthujjana) bezpośrednim kontaktem pomiędzy wiedzącym podmiotem i znanym obiektem. U arahata jednakże, wszelkie pytanie o subiektywność zostało uciszone i pozostajemy prosto z (obecnością) poznawanej rzeczy. Rzecz jest obecna, ale już dłużej nie prezentuje się „komuś”.

**Tragedia ego ulega rozwiązaniu dzięki procesowi dezidentyfikacji. Jeżeli chodzi o ciało, to nie tylko wymagany jest odpowiednio sformułowany pogląd: „nie jestem ciałem”, co wydaje się względnie proste, ale również wyeliminowanie wszelkiego emocjonalnego zaangażowania w ciało, co jest znacznie trudniejsze. Ale gdy się to osiągnie, narodziny i śmierć ciała nie będą stowarzyszone i takimi ideami jak „ja się urodziłem” czy „ja umrę”.