Link do wszystkich dokumentów

Herling-Grudziński o Edwardzie Stachurze


Wczoraj w autobusie z Salerno rzuciłem okiem na wydartą z gazety stronicę w którą zawinięto mi kupiony drobiazg – w kronice wypadków z początku lipca korespondencja o „dramacie dwóch chorych psychicznie kobiet”. I od wczoraj nie przestaję o tym myśleć.

W bolońskim ośrodku neuropsychiatrycznym leczenie jest dobrowolne, pacjenci wracają do domów gdy następuje poprawa. Częste są wypadki przerywania i wznawiania kuracji. Starsza z dwóch kobiet, pięćdziesięcioletnia, była właśnie okresową pacjentką ośrodka. Młodsza natomiast, trzydziestoletnia, zgłosiła się niedawno pierwszy raz, po krótkim leczeniu miała niebawem wrócić do domu i pracy (nauczycielskiej). Poznały się w ośrodku i szybko zaprzyjaźniły.

Owego dnia lipcowego wyszły z ośrodka wczesnym wieczorem, pogodne, roześmiane. Na dworcu bolońskim wykupiły bilety do podmiejskiej miejscowości San Giovanni in Persiceto. Wysiadły tam, wciąż pogodne i roześmiane, widziano je spacerujące w miasteczku. Kolację zjadły w restauracji na rynku. Około dziesiątej wróciły na stację i zapytały o najbliższy pociąg. Robiły wrażenie zalęknionych i zagubionych. Najbliższy pociąg z Bolonii do Werony, miał przechodzić przez San Giovanni za kwadrans. Wyszły ze stacji (zauważona je na przejeździe kolejowym), ścieżką wzdłuż torów poszły dalej. Położyły się na torze w odległości kilometra od przejazdu kolejowego, na nasypie zostawiły torebki, w których znaleziono potem listy do rodziny i do kierownictwa ośrodka. Maszynista pociągu za późno zauważył dwa cienie na szynach, nie zdążył zahamować.

Dyrektor ośrodka, zaskoczony samobójstwem swoich dwóch pacjentek, „których wyleczenie wydawało się niemal definitywne”, dołączył do urzędniczego aktu zejścia refleksję ogólną: „Nie pozostaje nic innego jak przyjąć do wiadomości, że psychika ludzka jest niezgłębiona. Czyni ona pewne wypadki nieuniknionymi, stawiając je ponad wiedzę medyczną, ponad prawami i zdolnościami rozumienia w pełni naszych bliźnich”.

*

„Niezgłębiona psychika ludzka”, „ułomna zdolność rozumienie naszych bliźnich”. Piszący to nie należy do typowych psychiatrów współczesnych i sam pewnie nie umiałby powiedzieć ile jego słowa zawierają szczerej pokory, a ile odruchowej samoobrony. Tak czy owak wyłączają „dramat dwóch kobiet” poza nawias „wiedzy medycznej”.

Wycinek z gazetowej kroniki wypadków cofnął mnie do tekstu, który wielokrotnie czytałem podczas czerwcowego pobytu w Laffitte. Krótki dziennik Edwarda Stachury Pogodzić się ze światem z tegorocznej Twórczości jest przejmujący i piękny, chociaż Bogiem a prawdą używam tu niechętnie określeń, jakimi kwitowane są zazwyczaj lektury „pamiętne”. Rzadko, niezmiernie rzadko, autorzy dzienników zapominają albo w ogóle nie myślą o czytelnikach. Gdy się to zdarza, i gdy dziennik taki staje się szeptem duszy, czymś w rodzaju mówienia do siebie językiem poruszanych niemal bezgłośnie – jak w modlitwie – warg, z zakłopotaniem posługujemy się zwrotami „utwór literacki”, „piękny i przejmujący tekst”. Czujemy że to inny niż literatura wymiar, ten na przykład, w którym upłynął ostatni dzień życia dwóch bolońskich kobiet. Chyba tylko Dostojewski potrafił się w nim niekiedy poruszać, wychodząc nagle poza literaturę.

Mało wiem o Stachurze, jak przez mgłę przypominam sobie jakieś jego dorywczo przeglądane książki. Nie, nie ma to większego znaczenia wobec dziennika Pogodzić się ze światem, jego trzydzieści zaledwie stron nie wzbogaci znajomość dawnych książek zmarłego młodo autora. „Psychicznie chory” Stachura pisał go na wsi u matki, po wypadku (jeśli to był wypadek) w którym koła elektrowozu odcięły mu prawą dłoń. Dziennik obejmuje okres od końca maja do 20 lipca 1979, urywa się w przeddzień samobójstwa. „Psychicznie chory” w cudzysłowie, bo w odniesieniu do Stachury brzmi to fałszywie. W towarzyszącym dziennikowi tekście Oto czytam: „Posiadać Duszę i na nią nie zachorować – jest najpokraczniejszą ze wszystkich pokraczności Duszy ... Zachorować na Duszę jest błogosławieństwem. Albowiem znaczy poczuć Piekło. A poczuć Piekło znaczy być jedną nogą w raju”. I dalej: „Człowiek z czego jest zbudowany? Z jednej wielkiej rany ... Cierpienie jest jedyną rzeczą wspólną wszystkim bez wyjątku ludziom”. O krok od literackiej retoryki, ale Stachura nie stawia go w dzienniku nigdy, jego opis własnej męki ma dźwięk najczystszej i najprostszej spowiedzi ludzkiej z wiecznego styku rozpaczy i nadziei. Człowiek rozpięty między życiem i śmiercią, między cierpieniem i tęsknotą do pogodzenia się ze światem, „ni żywy ni umarły” (jak często powtarza) „żywy, ale bez życia, umarły, ale bez śmierci”. Człowiek o tak wrażliwej i czujnej bez ustanku świadomości, że istotnie robi wrażenie odartego duchowo ze skóry, „jednej wielkiej rany”. Jest w tym i obłęd, pisze o nim sam, lecz taki który nawiedza od czasu do czasu każdego człowieka; i myśl o samobójstwie, przywiązuje się do niej sam, lecz taka, która czatuje gdzieś w mroku na każdego człowieka; i instynktowne elementarne pragnienie życia, odnotowuje je przelotnie wśród bólu, lecz takie którego kruchość i złudność zna teraz sam lepiej od iluż ludzi. „Byłem dwa razy w kościele z matką, ale nie znalazłem ulgi wielkiej, małą może, ulgę płynącą ze wspólnoty biedy ludzkiej ...”. Na krótko przed samobójstwem: „Po co człowiek ma świadomość? Czy po to, żeby jej nie używać, żeby ją w kółko, ustawicznie zagłuszać? Błogosławieństwem człowieka czy przekleństwem jest świadomość?”

Dziennik Stachury jest dla mnie dziwnym połączeniem dwóch obrazów: człowieka modlącego się cicho, coraz ciszej do Boga, który odwraca ciągle, chowa swą twarz; dopalającej się świecy, która przed zgaśnięciem jarzy się chwilę wysokim strzelistym płomieniem”.


Dziennik pisany nocą
1980 12/13 sierpień