Link do wszystkich dokumentów


Emil Cioran


O wiele bardziej niż szkielet, niepokoi nas i alarmuje (ale również uspokaja) ciało – to znaczy ścierwo. Mnisi buddyjscy z upodobaniem odwiedzali place kremacyjne – bo gdzież skuteczniej stłamsić pożądania i uwolnić się od nich? Kontemplowanie okropności jest drogą wyzwolenia, toteż we wszystkich epokach religijnego zapału i uwewnętrznienia nasze szczątki bywały w wielkich łaskach. W średniowieczu panował przymus zbawienia, ludzie wierzyli z mocą. Trup był w modzie, a wiara w niego silna, niepohamowana, lubująca się w siności i fetorze, świadoma korzyści, jakie można osiągnąć ze zgnilizny i ohydy. Teraz ocukrowana religia czepia się już tylko wdzięcznych urojeń, jak Ewolucja i Postęp. To nie od niej powinniśmy oczekiwać współczesnego „tańca szkieletów”. 

Niechaj ten kto dąży do nirwany, nie przywiązuje się do niczego” - czytamy w pewnym tekście buddyjskim. Wystarczy przyjrzeć się tym zjawom i pomyśleć o losach ciała, w które były ubrane, by zrozumieć nagłą potrzebę zobojętnienia. Nie ma ascezy bez dwojakiej medytacji – nad ciałem i szkieletem, nad zatrważającą zniszczalnością pierwszego i niepotrzebną trwałością drugiego. Warto od czasu do czasu, choćby tytułem ćwiczenia, oderwać się od własnej twarzy, od własnej skóry, odsunąć na bok to szalbiercze przybranie i zdjąć z siebie – bodaj na chwilę – tę powłokę tłuszczu przesłaniającą to co w nas podstawowego. Po takim ćwiczeniu jesteśmy bardziej wolni i samotniejsi, nieomal nieranliwi.

Ażeby przezwyciężyć przywiązania i wypływające z nich kłopoty, należałoby drugiego człowieka ujrzeć w jego najgłębszej nagości, wniknąć spojrzeniem aż w jego kiszki i co tam jeszcze ma, upoić się plugastwem jego wydzielin, całej fizjologii rychłego już umrzyka. Nie powinna to być kontemplacja chorobliwa, lecz metodyczna, obsesja kontrolowana, szczególnie zbawienna w sytuacjach prób. Szkielet skłania nas do uspokojenia, trup do rezygnacji. Jeden i drugi uczą o czczości wszystkiego i w lekcji tej szczęście zmieszane jest ze zniszczeniem więzów. Przyjąć taką naukę w całej pełni, a jednocześnie nadal wchodzić w układy z widziadłami – niebłaha to rzecz!

Błogosławiony był czas, gdy samotnicy mogli zgłębiać własne otchłanie, nie uchodząc przy tym za obsesjonatów i postrzeleńców. Ich niezrównoważenia nie mierzono jeszcze przez ujemny współczynnik, jak to się dzieje z nami. Poświęcali dziesięć, dwadzieścia lat na jedno przeczucie, błysk absolutu. Słowo „głębia” ma sens jedynie w odniesieniu do epok, gdy za najszlachetniejszego przedstawiciela rodzaju ludzkiego uważano mnicha. Że jest on w zaniku, każdy chyba przyzna. Już od stuleci mnich wegetuje tylko z rozpędu. Do kogo miałby się zwracać w świecie, który ma go za „pasożyta”? W Tybecie, ostatnim kraju, gdzie jeszcze coś znaczył, wyeliminowano go. A przecież nie małą było pociechą pomyśleć, że nawet dziś mogłyby tam medytować nad prawdami Pradżnieparamity tysięczne rzesze pustelników. Monastycyzm, nawet gdyby miał tylko szkaradne strony, i tak byłby lepszy od każdego innego ideału. Obecnie bardziej niż kiedykolwiek należałoby wznosić klasztory – dla tych, co wierzą we wszystko, i dla tych, co nie wierzą w nic. Dokąd uciec? Nie ma już żadnego miejsca, w którym można profesjonalnie uprawiać obrzydzenie do tego świata.


*

Bez trudu wyobrażamy sobie, co by rzekł człowiek, gdyby musiał wypowiedzieć się na temat jedynej religii zdolnej przynieść radykalną formułę zbawienia:

Troska o wyzwolenie ma sens jedynie wtedy, gdy wierzy się w transmigrację, w niekończącą się wędrówkę Ja, i gdy pragnie się położyć jej kres. My wszelako, którzy w nią nie wierzymy, czemu mielibyśmy kłaść kres? Temu niepowtarzalnemu trwaniu?! Jest ono najoczywiściej zbyt krótkie, by było warto się wysilać gwoli umknięcia przed nim. Dla buddysty perspektywa następnych istnień to koszmar, dla nas koszmarem jest kres obecnego istnienia. Mielibyśmy ochotę wołać: co się tyczy koszmarów, dajcie nam raczej jakiś inny, tak by nasze zgryzoty nie skończyły się zbyt prędko, by mogły swobodnie towarzyszyć nam przez wiele żywotów. Wyzwolenie odpowiada jakiejś potrzebie tylko u tego, kto czuje się zagrożony naddatkiem istnienia, kogo trwoży katorga umierania wciąż na nowo. Jeśli idzie o nas, skazanych na brak reinkarnacji, dlaczego mielibyśmy się miotać gwoli wyzwolenia od takiej drobnostki, od trwogi, której koniec mamy w zasięgu wzroku? I po cóż nam gonić za najwyższą nierzeczywistością, skoro już tutaj wszystko jest nierzeczywiste? Niewarte naszych zachodów uwalnianie się od czegoś tak mało uzasadnionego, tak słabo ugruntowanego.

Nadmiar złudzeń i udręk – oto do czego tęskni każdy z nas, z tych, którym nie dane jest szczęście wiary w nieskończony kołowrót narodzin i śmierci. Wzdychamy za przekleństwem odrodzin. Zaprawdę Budda zbyt wiele mozołu sobie zadał, aby osiągnąć na koniec – cóż takiego? Definitywną śmierć a więc to, co my niezawodnie uzyskujemy bez medytacji ani umartwiań, bez żadnego wysiłku".

...W taki mniej więcej sposób wypowiedziałby się ów nieszczęśnik, gdyby zechciał odsłonić swe najgłębsze myśli. Któż śmiałby rzucić weń kamieniem? Tak głęboko tkwimy we własnej historii, że pragnęlibyśmy jej przedłużania się wciąż i na wieki. Czy jednak żyjemy raz jeden, czy tysiąc, czy mamy przed sobą jedną godzinę, czy też wszystkie – problem jest zawsze taki sam; owad i bóg bodaj nie różnią się w sposobie podejścia do faktu istnienia jako takiego, faktu tak przerażającego (bo to cud, a tylko cud może przerażać), że medytując nad nim, pojmujemy łatwo, iż można chcieć zniknięcia raz na zawsze, aby tylko nie trzeba było oglądać go znów w innych żywotach. Nad tym właśnie faktem pochylał się Budda i wątpliwe, czy doszedłby do innych wniosków, gdyby był przestał wierzyć w mechanizm transmigracji.


***

 Oba fragmenty pochodzą z książki „Zły Demiurg”. Pierwszy pochodzi ze stron 54-56 drugi ze stron 125-127. Autorem przekładu jest pan Ireneusz Kania. Dziękuję wydawnictwu aletheia za pozwolenie na ich opublikowanie.

Mam nadzieję, że te fragmenty zachęcą młodych ludzi interesujących się Nauką Buddy do lektury książek Ciorana. Kto wie, może nauczą się z nich więcej niż z masowo produkowanych książeczek o buddyzmie z nadrukiem „bez wartości komercyjnej”. Smutna prawda o takich książeczkach jest taka, że większość z nich jest bez jakiejkolwiek wartości, nie tylko komercyjnej. 

Część współczesnych buddystów twierdzi, że Budda w swej Pierwszej Szlachetnej Prawdzie nie dokonał zrównania życie = cierpienie. To wyjaśnia nam dlaczego mnisi pustelnicy są na wymarciu, trudno oczekiwać od kogoś kto znajduje swą egzystencję satysfakcjonującą by wszystkie wysiłki skierował na  jej zakończenie. Nibbana jednak jest wstrzymaniem istnienia tutaj i teraz i dopóki nasi buddyści nie rozpoznają bolesności indywidualnej ludzkiej egzystencji nie mają szans na uczynienie jakiegokolwiek postępu w Dhammie i Dyscyplinie ogłoszonej przez Buddę.

"Przyjacielu Yamako, kiedy mnich jest arahatam, tym którego skazy są wyczerpane, co się dzieje z nim wraz z rozpadem ciała, po śmierci?' Tak zapytany co byś odpowiedział?" - „Gdyby zapytali mnie oto przyjacielu, odpowiedziałbym tak: 'Przyjaciele, materia jest nietrwała co jest nietrwałe jest cierpieniem; co jest cierpieniem zanikło i przeminęło. Uczucie ... percepcja ... determinacje ... świadomość jest nietrwała co jest nietrwałe jest cierpieniem; co jest cierpieniem zanikło i przeminęło'. Będąc tak zapytany, odpowiedziałbym w ten sposób”. -Dobrze przyjacielu Yamako! 

 
"Ten, o mnisi, kto widzi i poznaje rzeczy takimi jakimi są, nie musi żywić pragnienia: 'Obym wszystko sobie zbrzydził, obym się wyzuł z pożądań”. Jest naturalne, mnisi, że ten kto poznaje i widzi zgodnie z prawdą nabiera wstrętu i wyzuwa się z pożądań'".

Oczywiście trudno oczekiwać od młodego niedoświadczonego przez życie człowieka, że przystanie bez oporów na propozycję życie = cierpienie. Można jednak od niego oczekiwać – jeżeli uważa się za buddystę, że będzie chciał zrozumieć Pierwszą Szlachetną Prawdę. I tu bardzo wiele zależy od tego jakiego nauczyciela sobie wybierze. Jeżeli chodzi o mnie, zdecydowanie rekomenduję czytanie Ciorana, być może potrafi on przekonać do tego, że jednak życie = cierpienie. A z taką postawą już blisko do prawidłowego praktykowania Dhammy.

Jeśliby samo tylko zbrzydzenie światem zapewniało świętość – trudna rada, nie wymigałbym się od kanonizacji”, mówi Cioran. Oczywiście nie wszystko co ten autor pisze jest bezpośrednio związane z Nauką Buddy, tak jak przytoczone powyżej dwa fragmenty, ale ten duch zbrzydzenia egzystencją jest u Ciorana praktycznie cały czas obecny. Zarazić się od niego tą wizją to wszystko czego nam trzeba na początek. Z takimi poglądami Nauka Buddy staje się znacznie bardziej zrozumiała i łatwiejsza w praktykowaniu. Problem jednak leży nie w tym, że nie widzimy tego, że życie jest cierpieniem a raczej w tym, że nie chcemy tego zobaczyć:

Pana prawdy są nieznośne” - „Takimi są dla Pana” - wypaliłem w odpowiedzi temu niewiniątku. Miałem jednak ochotę dodać: „Dla mnie też” zamiast grać niewzruszonego.

Budda jasno zdeklarował, że postęp na ścieżce duchowej jest całkowicie uzależniony od towarzystwa w jakim idziemy. Kto zaprzyjaźni się z Cioranem nie powinien tego żałować. Naturalną tendencją zwykłego człowieka jest dobieranie sobie nauczyciela zgodnego z jego przekonaniami i upodobaniami. Ze strony współczasnych nauczycieli można zaobserwować z kolei tendencję do mówienia tylko o tym co się potencjalnym uczniom może spodobać i tak powstają towarzystwa wzajemnej adoracji. To twory czysto samsaryczne i tego kto popadł w takie towarzystwo czeka tylko jedno: kontynuacja samsary. Tak to już jest w życiu, że dobre lekarstwa przeważnie mają gorzki smak. Cioran pisze:

"Najbardziej gorzki rodzaj poznania – samowiedza – jest też najrzadziej praktykowany. Bo i po cóż od ranka do wieczora przyłapywać się na in flagranti złudzenia, bezlitośnie dokopywać się korzeni każdego uczynku i przed własnym trybunałem przegrywać jedną sprawę za drugą?"

No cóż, niestety nie ma innej drogi jeżeli chcemy uwolnić się od chciwości, nienawiści i złudzenia.